Szanowni goście czytający mojego bloga wiedzą, że jedną z moich pasji jest modelarstwo. Choć nie praktykuję jej z taką częstotliwością, z jaką bym pragnął, to jednak coś od czasu do czasu udaje mi się zbudować, a efektami lubię dzielić się z Wami tutaj.

Uwaga! Aby była w tej materii jasność, nim ktokolwiek tutaj postanowi zarzucić mi zamiłowanie do onuc, chciałbym podkreślić, że niniejszy cykl jest wolny od jakichkolwiek politycznych, etycznych, ekonomicznych, historycznych i jeszcze innych wpływów. Lubię czołgi i modelarstwo, a zarówno rusofilia, jak i rusofobia mnie nie interesują.
Prezenty z kategorii „hobby” niestety wymagają u mnie wielosezonowego dojrzewania… Bez względu na wartość, rozmiar, czy kategorię podarunku, ów musi zostać przemielony przez tryba ograniczonego pokładu czasu, obowiązków oraz setki tysięcy innych zainteresowań, które albo uzależnione są od pogody, albo angażują całą rodzinę.

Jako mąż i tata preferuję te aktywności, które dają radość także mom najbliższym, ale także jako zwyczajny mężczyzna potrzebuję również swojej „samotni”.
Tym między innymi jest dla mnie sklejanie modeli, a moja druga połówka doskonale o tym wie i mnie wspiera.
Czołg czołgowi nierówny
Jako entuzjasta militariów, a zwłaszcza broni pancernej, mam przyzwoitą wiedzę w temacie drugowojennych czołgów. Wiem jednak, że większości ludzi mogą nie interesować takie technikalia jak kaliber działa, albo ilość ogniw gąsienic, stąd nie mam zamiaru zanudzać Was liczbami.

To co jednak o radzieckim czołgu lekkim T-60 wiedzieć powinniście, to fakt, że nie był „game changerem” na polu bitwy.
W zasadzie to wcale nie był dobry czołg, ale nim ktokolwiek wyleje choć kroplę krytyki na sowiecką myśl techniczną, to chciałbym podkreślić, że wszystkie próby rozwoju broni pancernej na przełomie lat 30. i 40. XX wieku zmagały się niemal z tymi samymi problemami, które prędko i brutalnie weryfikowało pole bitwy…

Niedostateczna moc silnika, a do tego zdecydowanie zbyt cienki pancerz i słabe uzbrojenie sprawiały problemy w sensownym wykorzystaniu podobnych pojazdów po obu stronach barykady. Za mało mobilne do działań zwiadowczych, były niestety posyłane na front do walki w pierwszej linii, co w konsekwencji skutkowało błyskawicznym masakrowaniem przez działa przeciwpancerne, a nawet broń piechoty, która już wtedy dysponowała szerokim wachlarzem technik neutralizacji kartonowych pudełek z działami z zapałek.

Rusznice przeciwpancerne, granaty i lepkie bomby bez trudu radziły sobie z masowym niszczeniem lekkich czołgów T-60, których stalinowcy zbudowali aż przeszło 6k sztuk. Możemy zatem mówić o masowej produkcji złomu, bowiem taką wartość bojową te maszyny reprezentowały, będąc zapewne jednym z najchętniej szabrowanych tanków wśród komsomolców i wermachtowców.

Możemy się wspólnie śmiać z marności podobnych radzieckich czołgów, ale prawdziwą tragedią było wysyłanie w tych puszkach ludzi na front, a realia niestety były o wiele brutalniejsze niż jesteśmy sobie w stanie to teraz wyobrazić…

Usterki maszyny i braki zaopatrzeniowe stanowiły codzienność dla radzieckich czołgistów, stąd wielce prawdziwą zdaje się być maksyma pancerniaków:
Przeje*ane jak w ruskim czołgu.

Nie chciałbym tutaj wyjść na krytyka radzieckiego uzbrojenia, ponieważ tamtejsza technika wojskowa zaliczała przecież mniejsze i większe sukcesy, jak chociażby seria czołgów BT lub A, będące bezpośrednimi protoplastami dla legendarnego T-34 (tak, ten „Rudy”).
Nie mniej, na początku lat 40. konstruktorzy popełniali mnóstwo wpadek, które potem życiem przypłaciło tysiące żołnierzy, nie mówiąc już o całej bezsensowności i tragedii wojny… Ale te filozoficzne refleksje lepiej zostawić na osobny artykuł.
Ja tu tylko sobie gram i sklejam…
Wygodnie jest opowiadać o wojnie z perspektywy gracza i modelarza, nie?
Delektując się z wygód czasu pokoju, mogę co najwyżej powiedzieć, że cieszę się – naprawdę, cieszę się, że nie urodziłem się w latach dwudziestych ubiegłego wieku w jakiejś zabitej dechami wiosce za Uralem. Na przykład.

Zemsta Stalina w skali
Omawiany model czołgu to produkt firmy Mister Craft i umożliwia złożenie czołgu w skali 1:35 w dwóch różnych wariantach układu jezdnego – koła szprychowe i pełne. Tyle teorii.
Wielu doświadczonych modelarzy karciłoby ten model za wykonanie części i poziom dokładności, bo w końcu na rynku dostępna jest masa bardziej renomowanych marek, które „sklejają się same”.
Ale ja powiem na te wszystkie forumowe rady tylko jedno:

Starsi modelarze pamiętają zapewne czasy, gdy budowano modele ze wszystkiego, co było już niepotrzebne w domu.
To jest właśnie moim zdaniem istota modelarstwa – budowanie pięknych miniatur z niczego, a nie składanie idealnych replik z przepłaconych zestawów.
Zaczynałem swoją przygodę z tym hobby od modeli kartonowych, wydrukowanych na domowej drukarce i każdy, kto choć „liznął” takiej formy, wie, że wycięte części to tylko szkielet – forma wstępna, która wymaga wielu godzin spędzonych na dopasowywaniu, docinaniu, szlifowaniu i zapełnianiu luk.
Świat jest piękny w swojej niedoskonałości.
Dlatego krew we mnie wrze, gdy zgraja szyderców chce pozbawić to piękne hobby jego naturalnej esencji.

Przedlift czy polift?
Jak już wspomniałem wcześniej, budując model możemy wybrać rodzaj kół jezdnych spośród dwóch historycznych wzorów.
Bardzo krótki czas bojowego wykorzystania oryginalnego pojazdu sugerowałby wysokie prawdopodobieństwo występowania obu tych wersji równolegle, zatem wyszedłem z założenia, że nieco tutaj zamieszam…
Nawet zdjęcia muzealnych egzemplarzy wskazują na to, że stosowano obie wersje kół zamiennie, a jeżeli dodamy do tego ogólne logistyczne piekło realiów wojennych, to występowanie takich przypadków na froncie wydaje się wysoce prawdopodobne (choć nie mam na to dowodów).


I tak też zrobię w swoim modelu.
Co do malowania, to sprawa jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, bo zależnie od okresu, radzieckie czołgi miewały różne odcienie zieleni na swoich pancerzach.
Ponadto trzy takie pojazdy po wojnie trafiły do Polski, gdzie były używane do szkolenia załóg pancernych, a później zniknęły (pewnie i polscy kolekcjonerzy złomu docenili ich „gniotsa-nie-łamiotsa factor”).

Oprócz tego są także udokumentowane dowody na to, że zdesperowani i zawiedzeni swoimi Pz.II wermachtowcy malowali zdobyczne T-60 na „szwabskie” barwy i z białymi krzyżami na wieżach dopalali resztki sowieckiego paliwa, degradując rozpadające się już wraki zapewne jeszcze na terenach matuszki rasiji.
Ja jednak postanowiłem pomalować swój model na typowy dla operacji Uran (to etap tej sławnej bitwy pod Stalingradem), biały zimowy kamuflaż, ponieważ zawiera najmniej drażniących symboli i inskrypcji.

Taki wariant kolorystyczny również pozwoli na uwydatnienie śladów rdzy i brudu, z którymi bardzo pragnę podczas tego projektu eksperymentować.
Kadłub – największa satysfakcja i największe wyzwanie
Instrukcja modelu wskazuje rozpoczęcie prac nad miniaturą czołgu od sklejenia kadłuba. Jest to z jednej strony najbardziej satysfakcjonujący etap budowy pojazdu pancernego, ponieważ przy stosunkowo niedużym nakładzie prac uzyskujemy pokaźny gabarytowo podzespół, który stanowić będzie bazę dla kolejnych elementów.

Z drugiej jednak strony, stanowi on duże wyzwanie w pracy niedoświadczonego modelarza, ponieważ łączenie sporych elementów wymaga szczególnej uwagi jeszcze na etapie dopasowywania. Źle sklejone płyty kadłuba będą później rzutować rażąco na osiowość czołgu oraz pasowanie układu jezdnego.
W skrócie – jeżeli tutaj coś zepsujemy, to będziemy sobie to wytykać do końca budowy modelu.
Jak się można łatwo spodziewać, przy budżetowym produkcie trudno o dokładność rzędu dziesiętnych części milimetra. Ba! I z tymi milimetrami bywa problem…
Czym jednak jest warsztat modelarza-amatora bez porządnego pilnika kosmetycznego?

A szlifowania już na tak wczesnym etapie było sporo. Model stanowił próbę cierpliwości do tego stopnia, że z jednej strony kadłuba trzeba było zdjąć ponad milimetr materiału, a z drugiej natomiast pojawiła się niemal milimetrowej szerokości luka!
Cóż, wiedziałem przecież, że to „taśma profesjonalna”, nie mam prawa zatem narzekać – będzie z tym masa zabawy, a i moje umiejętności w modelach z plastiku pozostawiają wiele do życzenia.

Nie mniej jednak puszkę udało się zamknąć przy zachowaniu względnie dobrej osiowości kadłuba, przez co model dobrze rokuje.
Muszę tylko pomyśleć nad sensownych zapełnieniem luk w pancerzu, tak coby tankistom deszcz do środka nie padał, ale widzę w tym wszystkim ogromny poligon do trenowania różnych technik modelarskich.
Na tą chwilę to wszystko, co chcialem zaprezentować, ale mam mocną nadzieję na zachowanie blogowej regularności i relacjonować kolejne etapy maksymalnie co dwa tygodnie, zatem trzymajcie za mnie kciuki.
PS. Te moje historyczne i militarne dywagacje proszę traktować z przymrużeniem oka 😉


Dodaj komentarz