Choć książkę tą nabyłem w marcu 2023 roku, to dopiero teraz zebrałem się w siłę, aby dokończyć jej lekturę pomiędzy innymi aktywnościami i…
Nie żałuję.
Gwiezdne dzieci
Neil de Grasse Tyson w swojej popularnonaukowej książce pt. „Kosmiczne rozterki” poświęca mnóstwo uwagi pochodzeniu naszego materialnego świata, a zatem gwiazd, planet i ludzkich ciał.
Zdaniem tego niezwykle przenikliwego astrofizyka i wprawnego popularyzatora nauki, wszystko cokolwiek widzimy, a także to co istnieje fizycznie, lecz naszemu wzrokowi umyka, pochodzi od gwiazd.
Autor bardzo błyskotliwie i zabawnie wykłada przed czytelnikiem większość najbardziej popularnych i potwierdzonych naukowych teorii o tym, skąd we wszechświecie narodziły się pierwiastki, a także o tym, jaką śmiercią umrą.
Apokalipsa
„Kosmiczne rozterki” Neila de Grasse Tysona to jednak przede wszystkim wyliczanka śmiertelnych kosmicznych zagrożeń, które wiszą nad ludzkością, a także nad naszą planetą.
Co ciekawe, zdaniem autora nie powinniśmy tych dwóch zjawisk ze sobą łączyć pod wspólnym szydlem „końca świata”. Koniec człowieka bowiem nie oznacza końca Ziemi.
Ta niezwykle prosta, ale i mądra konkluzja mogłaby każdego z nas nauczyć nieco pokory, ponieważ w swoim technologicznym rozkwicie zastanawiamy się nad tym jak poprawić stan naszej planety, a tymczasem ona świetnie sobie radzi z nami i bez nas.
Z drugiej strony natomiast, jakiekolwiek pomysły dotyczące prób przeniesienia ludzkiego gatunku na inne ciało niebieskie i tak nie ma większego sensu, bo cały nasz wszechświat umiera.
Złowrogi przekaz, prawda? No cóż, to są właśnie „Kosmiczne rozterki”, a nie „Kosmiczne zachwyty”.
Tej drugiej pozycji literaturowej, jak i „Astrofizyki dla zabieganych” nie udało mi się jeszcze poznać, a jest to swoisty niefart, ponieważ całe trio jest trzytomowym hitem, który de Grasse Tyson opublikował dla szerokiej, pozanaukowej grupy odbiorców.
Nauka bez Boga
O tym, że autor omawianej książki nie wierzy w Boga, wiedziałem już dużo wcześniej, stąd nie zdziwiło mnie jasne przedstawienie stosunku do religii i boskiego czynnika we wszechświecie.
Reprezentuje on na tej płaszczyźnie postawę zupełnie odmienną od mojej, jednak jego awersja do świata chrześcijańskiego i kolebki europejskiej cywilizacji jest dla mnie zrozumiała. Pod tym względem jesteśmy po przeciwnych stronach barykady.
Nie próbując jednak sztucznie racjonalizować prawd, które biorę na wiarę, a nie rozum, w pełni akceptuję stanowisko autora i szanuję je.
Sam bowiem w niniejszej książce zaznaczył, że około dwadzieścia procent astrofizyków uważa się za osoby wierzące, zatem jego osobista przynależność do większości nie powinna u nikogo budzić zdziwienia. Statystyka jest tutaj zimna i bezwzględna.

Spokojnie, Panie Tyson, nie zamierzam Pana obrazić, tylko wyrazić pełną zgodę z opinią, że wszelkie próby zapełniania wiedzowych luk Panem Bogiem, są szkodliwe zarówno dla nauki, jak i dla religii.
Wszyscy żyjemy w Ameryce. Ameryka jest wspaniała.
Niech nikogo nie zwiedzie to moje prymitywne tłumaczenie fragmentu tekstu piosenki zespołu Rammstein, nie dlatego, że tłumaczyłem z dwóch języków (tak jak to było w oryginale), ale dlatego, że jest to tylko niespełnione marzenie amerykańskich marzycieli. Jednym z nich jest Neil de Grasse Tyson.
W żadnym wypadku nie chcę kwestionować wkładu USA w rozwój nauk o mikro i makro kosmosie w XX wieku, ponieważ na tym polu supremacja amerykańskich naukowców jest w pełni uzasadniona. Drażni mnie natomiast sposób, w jaki Neil de Grasse Tyson próbuje między wierszami, a także wprost o tym czytelnikowi w bardzo nachalny sposób przypominać.
„Kosmiczne rozterki” to w istocie laurka wykonana na cześć przeszło setki lat dokonań anglosaskiego (głównie amerykańskiego) świata nauki, jako niekwestionowanego dominanta fizyki współczesnej.
Nie mam problemu z przedstawianiem oczywistych faktów, ponieważ USA dały światu na przestrzeni dekad wiele kluczowych odkryć w dziedzinie astrofizyki, jednak przypominanie o tym przy każdej możliwej okazji, wydaje się mało eleganckie.
Amerykański sposób bycia i ekspresji odbiega nieco od europejskiego, a Neil de Grasse Tyson jest pełnoprawnym Amerykaninem z Bronxu. Oddajmy amerykanom ich laur pierwszeństwa, bo od swoich nieodległych początków zawsze lubili wygrywać.
A szydzenie ze średniowiecznej Europy w kontekście arabskiego rozwoju matematyki jest moim skromnym zdaniem zwyczajnym spłyceniem tematu, biorącym się z jego niezrozumienia.
Neil de Grasse Tyson patrzy na świat przez wąski filtr swoich astrofizycznych okularów, przez co niestety jego odniesienia do historii i socjologii kuleją.
Nie można być ekspertem w każdej dziedzinie.

Dobre i lekkie tomiszcze
Nie chcę być postrzegany tutaj głównie jako krytyk działalności de Grasse Tysona, ponieważ tak naprawdę jestem fanem jego metod popularyzacji nauki.
„Kosmiczne rozterki” czyta się bardzo przyjemnie i zadziwiająco lekko, biorąc pod uwagę niezwykle ciężkostrawną tematykę. Autor wykazuje ogromną łatwość w wyjaśnianiu dokonań Plancka i Einsteina, tak jakby była to ledwie książka kucharska.
Gwarantuję, że ugotowana z jej pomocą zupa wiedzy, da Wam więcej inspiracji niż faktycznych rozterek.
Aż dziw bierze, że znalazłem tak dobrą pozycję na marketowej półce za cenę czterech piw…


Dodaj komentarz