Ostatnio wieczory obfitują u mnie w rozmaite atrakcje, a nie sposób o wszystkim pisać tutaj na blogu w formie „fachowych” recenzji i moich własnych „eksperckich” przemyśleń, więc postanowiłem kumulować swoje wrażenia z różnych hobbystycznych aktywności nieco mniej formalnie…
(a także nie o wszystkim warto pisać)

Nie mniej, liczę, że taka krótka i luźna formuła się tutaj przyjmie, bo pod względem rozrywki w sieci i w kinie dzieje się ostatnio sporo.
A propos formuły…
5 seconds penalty for Verstappen
Jako typowy Polak, niegdyś z ogromnym entuzjazmem oglądałem relacje z każdego wyścigu Formuły 1, a nikogo nie powinien dziwić fakt, że okres ten przypadał na czas regularnego ścigania się w tej dyscyplinie przez naszego rodaka, Roberta Kubicy.

Tak się szczęśliwie złożyło, że w drugiej połowie sezonu 2023 zostałem wciągnięty w ten sport na nowo i wbrew wszelkim opiniom, że…
Panie, teraz to nie ma już formuły – nie ma brzmienia, tylko hybrydy jakieś podrabiane.
Typowy boomer
…, wkręciłem się na dobre w śledzenie Królowej Motorsportu. I to nieważne, że zwycięzca sezonu całkowicie zdominował stawkę, uniemożliwiając jakąś sensowną rywalizację o pierwsze miejsce. Niech ma.

Dodatkowy fun dostarczył mi kanał Rajdy Formuły Pierwszej i powiązany z nim fanpage – kopalnia memów najwyższej próby, gratulacje dla autora.
A hejterzy i tak powiedzą, że to i tak wszystko ustawione i dla pieniędzy…
A nogi też golicie?
Teraz będzie z zupełnie innej beczki, ale totalnie zostaliśmy z żoną pochłonięci starym, ale jarym serialem Vikings. Mieliśmy w przeszłości oboje próby strawienia tej produkcji, ale bez sukcesów, stąd też pojawiła się u nas spontaniczna decyzja o zdecydowanym obejrzeniu tego głośnego i chwalonego tasiemca.
Dokładnie tak – tasiemca!
Nie zrozumcie mnie źle, bo serial jest naprawdę sztosem, ale jego sensowne przyswojenie przez dwójkę rodziców dysponujących jedynie jakimiś skąpymi czasowymi ochłapami, a przy tym starających się równolegle nadążać za nowościami, jest prawdziwym wyzwaniem na całe miesiące…
W natłoku tych wszystkich seriali, które mnożą się na wszelakich platformach streamingowych, muszę się Wam do czegoś przyznać – zaczynam nienawidzić seriale.
Kiedy widzę kolejny miniserial netfliksa, to za każdym razem mam bardzo silną ochotę sięgnąć po jakiś stary i dobrze znany film, aby tylko nie dać się wciągnąć w sidła kolejnej miernej produkcji, która okradnie mnie z kilku bardzo cennych godzin czasu wolnego.
Wikingom nie brakuje niczego. Chill.

Taka jedynie niezobowiązująca refleksja ostatnio mnie nęci:
A może by tak zrezygnować z netfliksa?
Każdy oczywiście wydaje pieniądze na co chce, ale ja osobiście ostatnio czuję się przez dostawcę tejże usługi oszukiwany intelektualnie… Pod płaszczykiem ogromnej liczby filmów i seriali, tak naprawdę warte uwagi są niemalże wyłącznie nieśmiertelne klasyki, a wszystko co obecnie opatrzone jest symbolem N, w mniejszym lub większym stopniu służy jakiemuś niezdrowemu lobby.
Każdy niech myśli i robi, co uważa za stosowne.
Pora się odchamić
W tygodniu poprzedzającym Boże Narodzenie złożyło się u mnie, że dostałem kilka dni urlopu, co pokryło się z urodzinami mojej małżonki. Co zatem robi dwójka ustatkowanych dorosłych ludzi, którzy z sukcesem zameldowali młodocianą latorośl w żłobku?
Tak, zgadliście – idą do kina.
Ale co można znaleźć w przedpołudniowych seansach w środku tygodnia i to w dodatku tuż przed świętami, kiedy każdy wychowawca klasy szkoły podstawowej w trzeciej RP mówi do podopiecznych:
Jedziemy całą klasą do kina, pamiętajcie o pisemnej zgodzie rodziców.
Każda, absolutnie każda szkoła w Polsce przed długą labą
Ogólnie to jesteście w stanie sobie wyobrazić scenerię? Dwukiloketrowa kolejka do kas, zapomnij o przekąsce i kawie, a ogólnie to „gramy z rana same bajki”, więc:

Jednakże…
Szczęśliwym zrządzeniem losu w repertuarze był też jeden dość nietypowy film, który został również skierowany do nieletniej widowni, a mianowicie Wonka.
Możecie śmiać się do woli, ale dla ludzi, którzy choć odrobinę są w stanie w życiu docenić coś aspirującego do terminu gourmet, jest to obowiązkowy seans. Serio!
Bardzo pozytywnie zaskakująca rola Chalamata… Chalameta? Chalamana. Nieważne! Tego gościa z Diuny! Zagrał ja bardzo czysto, zwiewnie, przez co potrafił wprawić w pozytywny vibe nawet najbardziej zdzwiwaczałych introwertyków, takich jak ja.
Jest to nieskomplikowana historia, jednak cała jej przepiękna oprawa wprowadza magiczny i ciepły klimat nostalgii za szczeniackimi czasami, kiedy dobro zawsze zwyciężało, a zło dostawało na końcu po tyłku.
Jeżeli jednak doszukiwać się będziecie w tym filmie jakiegokolwiek dziedzictwa związanego Charliem i fabryką czekolady, to muszę mocno zaznaczyć – jest to zupełnie inna bajka. Według mnie lepsza.
Oceńcie sami.

PS. Czy mojego bloga czytają jacyś miłośnicy kultury wysokiej, którzy czerpią frajdę z maratonu sagi Zmierzch w Święta? Tak tylko pytam, bo chciałem pogratulować wysublimowanego gustu, poczucia humoru i IQ przekraczającego 200.
Z najlepszymi noworocznymi pozdrowieniami, cały (jednoosobowy) zespół Cyberchałtury.



Dodaj komentarz