Formuła pilotowego felietonu o rozmaitych sprawach ze świata kultury jeszcze nie uległa ostatecznemu wyszlifowaniu, a tymczasem nazbierało się sporo tematów, które wymagają mojego zaczepnego komentarza.

No dobrze… Może i nie wymagają, ale ostatecznie to ja tworzę tego bloga, więc i swój ślad w kontekście pewnych wydarzeń tutaj pozostawię.

Rasizm, moi drodzy

Nic tak nie denerwuje mnie bardziej i śmieszy zarazem jak współczesny wymiar konfliktu rasowego, który w niczym nie przypomina już tego bezsensownego i karygodnego zjawiska z historii. Mało kto bowiem ma już odwagę wyrazić jakiekolwiek zainteresowanie zjawiskiem wyższości jednego koloru skóry nad innym – rasizm dzięki Bogu obecnie nie jest występkiem częstym, a z całą pewnością nie jest domeną ludzi rozsądnych.

W zasadzie to w ogóle w rasistach jakiegokolwiek rozsądku nigdy nie było.

Nie mniej, są pewne grupy ludzi, którzy uważają, że represjonowanym niegdyś grupom należy się zadośćuczynienie w postaci coraz agresywniejszego umniejszania praw do kultury, wynikającej z historycznego dziedzictwa świata zachodu.

W USA nawet powstają dedykowane kierunki studiów, których celem jest podważanie wartości dorobku wielu znanych osób z przeszłości tylko dlatego, że urodzili się oni białymi mężczyznami…

Zdaniem pewnych liderów afroamerykańskich społeczności całą kulturę zachodu należy wyrzucić do kosza, aby uniknąć w przyszłości społecznej katastrofy.

Eliminacja opiniotwórstwa wśród białych ludzi zdaje się momentami celem nadrzędnym osób walczących o inkluzywność i tolerancję, zaprzeczając tym samym logice idei, o które przecież walczą.

Współczesny rasizm przybiera zupełnie inne, że się tak wyrażę barwy niż kiedyś i sprawiedliwa niegdyś ochrona praw staje się na naszych oczach bezczelnym atakiem.

Ultraprawica krzyczy, a producenci odpowiadają

Zjawisko to, któremu poświęciłem ten wstęp, ma swoje odzwierciedlenie między innymi w produkcjach filmowych i coraz popularniejszych serialach, które konstruowane są w myśl globalnego trendu, który ma za zadanie zadowolić represjonowane niegdyś nacje za wszelką cenę.

Dla przykładu chciałbym pokrótce opowiedzieć o serialu Bridgertonowie, który udało nam się w ostatnim czasie zobaczyć, wraz z rozwinięciem oryginalnej opowieści w spin offie Królowa Charlotta. Nie mam żadnych zastrzeżeń co do zastosowanych środków artystycznego wyrazu, jakimi posłużyli się producenci omawianych serii, jednak chciałbym zwrócić jedynie uwagę na pewną grę stron, która towarzyszy obu tytułom poza ekranem.

O pisaniu własnych historii i obsadzaniu afroamerykańskich aktorów w rolach historycznycznie białoskórych postaci pisałem już w przeszłości przy okazji mojej analizy serialu o Kleopatrze, jednak pozwolę sobie ten wątek tutaj nieco rozwinąć.

W omawianych wcześniej produkcjach, które fabularnie osadzone zostały w XIX-wiecznej Anglii, w świadomy sposób poczyniono rasowe zamieszanie, aby wyzwolić zainteresowanie całego mnóstwa domorosłych krytyków i znawców historii, których uderzył ten artystyczny zabieg.

Przyznam się szczerze, że śmiech we mnie wzbierał za każdym razem, gdy natykałem się w sieci na przelewającą się szerokimi bałwanami falę hejtu wśród osób oburzonych faktem, że w rolach angielskich arystokratów obsadzono czarnoskórych aktorów.

Zarzuty związane z rzekomym przekłamaniem historii i usilnym wpisywaniem się twórców w światowe trendy są bezzasadne, bo trafiają w pułapkę zastawioną na prostego, skrajnie prawicowego odbiorcę, który zrobił dokładnie to, czego promotor serialu oczekiwał, to jest narobił szumu.

Biali rasiści – wpadliście jak śliwka w kompot.

Aby jednak wyznawcy ultra inkluzywnego ruchu nie osiedli w tym momencie na laurach, pragnę pewną kwestię wyjaśnić. Netfliks ma wiele grzechów na swoim sumieniu, a jednym z nich jest Królowa Charlotta.

Choć oryginalny serial o rodzinie Bridgertonów powinien być odebrany przez widzów raczej jako satyra i delikatny prztyczek w nos osób, którym trudno pogodzić się z tym, że świat się zmienia, to jego spin off o angielskiej monarchini jest już dość głośnym manifestem.

Ekranowy komunikat jest może i stonowany, ale trudno przejść obok niego obojętnie w świetle realnie narastających napięć na tle rasowym.

Wielki Eksperyment

Postaram się nie spalić pointy osobom, które jeszcze nie widziały omawianej serii, jednak bardzo ważnym jest przybliżenie pewnych zaprezentowanych informacji. Celowo nie posługuje się słowem „fakt”, ponieważ fabularny kręgosłup jest wytworem fikcji, a nie ekranizacją prawdziwych wydarzeń. Owa fikcja jednak stanowiła bardzo głośny i konkretny przekaz – czarnoskórzy walczą o swoje prawa.

Poważny temat jak na tak niepoważny felieton…

Wielki Eksperyment to coś w rodzaju szansy dla oddolnego ruchu osób wykluczonych społecznie ze względu na rasę, aby mogły wreszcie udowodnić swoją wartość w wyższych sferach.

Powyższa definicja nie jest najlepsza, ponieważ zawiera w sobie logiczną niezgodność – jak sfera dyskryminująca ze względu na kolor skóry może w ogóle być nazywana „wyższą”? Rasizm intelektualnie poniża, a nie wywyższa, po co więc szukać w miejscach jego praktykowania swoich praw?

Łatwo mi mówić, bo jestem białym mężczyzną, któremu przypisywane jest za oceanem całego zło tego świata, ale czy się to komuś podoba, czy nie, to nie miałem na te konkretne cechy mojej fizyczności żadnego wpływu. To nie moja wina, nie przepraszam.

Uważam jednak, że współczesny świat stać na coś więcej niż niekończące się rasowe potyczki i udowadnianie czegokolwiek z uwagi na kolor skóry – ten temat dla nowoczesnego i rozumnego społeczeństwa powinien nie istnieć, bo pochodzenie nie stanowi o wartości człowieka.

Nie zamierzam również niszczyć posągów Platona i Arystotelesa, czy palić chrześcijańskiego Krzyża, aby liderzy pewnych niebezpiecznych ugrupowań dali mnie i innym wychowankom łacińskiej kultury spokój. To nie jest droga do inkluzywności i światowej tolerancji.

Bez sensu jest produkować filmy i seriale, które tylko niepotrzebnie dolewają oliwy do ognia i podsycają konflikt, którego zapalnikiem tym razem są potomkowie niegdysiejszych ofiar represji. To błędne koło trzeba rozbić.

Afroamerykanin czy czarny?

Wiem, że niewygodnie jest w tych czasach stawiać tego typu bezpośrednie pytania, ale bynajmniej to nie ja jestem autorem tego typu rozważań, a co najwyżej odtwórcą hipotez i niezależnym obserwatorem kwestii rasizmu w sferze publicznej.

Rywalizacja między demokratami i republikanami w USA to temat wiodący przed każdymi wyborami prezydenckimi w tym kraju, który odmrażany jest przez światowe media już na rok przed całym wydarzeniem. Tempo i intensywność wyścigu o fotel głowy kraju najbogatszego (jeszcze) kraju na świecie to zupełnie inna liga wśród politycznych rywalizacji.

Nie mam problemu z tym całym show, którym obrastają wszelakie debaty i wzajemne zarzucanie potknięć pomiędzy kandydatami na prezydenta, ale nie umyka mej uwadze fakt, gdy choć jeden z nich określa swoją przynależność rasową, oczekując z tego tytułu przyrostu wyborców.

Robił to w przeszłości Barrack Obama i robi to obecnie Kamala Harris, również kandydatka partii demokratów. Czyżby ugrupowanie to uzurpowało sobie jakieś prawa do przewodzenia obywatelom o ciemniejszym odcieniu skóry?

Pół afroamerykanka, pół hinduska – tak mówi o sobie kandydatka na urząd prezydenta USA, która zastąpiła kandydującego do niedawna z ramienia demokratów i odchodzącego zarazem z Białego Domu Joe Bidena. Czy jednak ma to jakiekolwiek znaczenie w kwestii kompetencji samej pani Harris?

Faktem jest, że jest to kobieta sukcesu, która przez całe swoje życie musiała bardzo ciężko pracować nad rozwojem własnej kariery zawodowej, aby w tej chwili móc stać w tym miejscu i móc ubiegać się o najważniejszy urząd w najważniejszym (jeszcze) kraju. Ani majątek, ani pozycja społeczna nie zostały jej dane, czego nie można powiedzieć o jej kontrkandydacie – Donaldzie Trumpie.

Cały ten obraz kobiety, która pracowicie wspinała się do góry po drabinie sukcesu, może stanowić wspaniałą inspirację i uważam, że jej historii nie potrzeba dodatkowych ozdobników w postaci etnicznego pochodzenia, którego podkreślenie ma na celu wyłącznie zaskarbienie sobie sympatii wielu osób o ciemnym odcieniu skóry.

Warto na marginesie dodać, że w przeszłości to właśnie przedstawiciele partii republikanów, a nie demokratów byli orędownikami równouprawnienia osób czarnoskórych. Dla kontrastu wielu samych demokratów wykazywało głęboki rasizm i było zwolennikami segregacji w każdej niemal dziedzinie życia, m.in. w armii, która od wieków jest oczkiem w głowie Amerykan.

Sami republikanie w swoich szeregach mieli i mają mnóstwo osób czarnoskórych, którzy burzą się gdy nazywa się ich mianem „Afroamerykanin”!

Są wśród nich tacy, którzy wolą określenie „czarny”, ponieważ tak było od zawsze w starych, dobrych Stanach Zjednoczonych Ameryki, a oni sami nie mają nic wspólnego z Afryką od wielu pokoleń. Urodzili się Amerykanami, tak jak ich ojcowie i dziadkowie, nie widząc tym samym powodów, aby ktokolwiek w imię fałszywej poprawności przypisywał im afrykańskie pochodzenie.

God bless America!

W tym miejscu chciałbym z całego serca przeprosić każdego republikańskiego i demokratycznego Amerykanina, którego obraziłem w tym felietonie – czy to sformułowaniem „Afroamerykanin”, czy „czarny”. Dla mnie Wasz kolor skóry nie ma żadnego znaczenia i za to też przepraszam, ale tym razem tych, którzy uważają, że „black lives matter” (jakby od teraz nagle „white does not matter”…). Strasznie to wszystko zagmatwane! Przepraszam, wychowałem się w Polsce lat 90. gdzie po prostu był tylko stary, dobry M***yn. Wybaczcie.

Czy Polacy, którzy tak często wskazują w ankietach właśnie USA jako największego sojusznika naszego kraju, kiedykolwiek zrozumieją tych dziwnych Amerykan?!

Taylor Swift bezcześci pamięć o powstawaniu warszawskim

Zagotowała się krew pewnie niejednego prawoskrętnego patrioty na wieść o koncercie sławnej piosenkarki w stolicy naszego kraju, który odbył się w okrągłą, bo 80. rocznicę powstania Warszawskiego.

Toż to skandal!

Półnaga na scenie kobieta robiła show w dniu narodowej zadumy! Nie do pomyślenia, stoimy na krawędzi cywilizacyjnego upadku… To oplucie opaski Polski Walczącej!

A tak zupełnie na poważnie.

Czy istnieje lepsze świadectwo odrodzenia Polski i samej Warszawy po tych wszystkich okropnościach wojny, jak międzynarodowa promocja naszej stolicy, jako miejsca szczególnie atrakcyjnego kulturalnie?

Najlepiej zarabiająca obecnie gwiazda na świecie wykonała koncert w Warszawie, na który przybyli jej fani z całego świata, a my i tak stoimy w mentalnym rozkroku między potępiającymi żywy przykład kobiety sukcesu ultraprawicowcami, a przyklejonymi do asfaltu ekologami, którzy sprzeciwiają się latającej prywatnym jetem po całym świecie artystce…

O czasy! O obyczaje!

Zaprawdę trudno wyobrazić sobie lepszą wizytówkę naszego narodowego sukcesu odbudowy państwa, której paradoksalnie sami nie zrozumiemy i nie doceniamy.

Przecież tu nie o samą Swift chodzi, a o skalę wydarzenia, bo jak pomyślimy sobie, że 80 lat temu na to miasto spadały niemieckie bomby, to duma powinna w nas wzbierać w tej chwili, że dziś zamiast dźwięków strzałów słychać tam muzykę, którą kocha cały świat.

A samej Warszawie życzę jeszcze więcej koncertów tego formatu. Z tym, że mniej głupich podziałów prowadzących do bezsensownych konfliktów, bez względu na ich podłoże.

Wszystkie powyższe kwestie dowodzą jednoznacznie, że kultura homo sapiens nie jest jeszcze dostatecznie rozwinięta, aby przestał on samodzielnie się zwalczać.

Dodaj komentarz