Przeszło miesiąc temu podjąłem poważną jak na obecne czasy decyzję – usunąłem konta z tzw. portali społecznościowych. Dlaczego to zrobiłem i czemu publicznie o tym piszę?

Każdy jest tu z innego powodu

Pragnę na samym wstępie podkreślić, że nie oceniam postaw innych użytkowników sieci, którzy posiadają swoje własne powody, dla których zaglądają w social media. Historia każdego człowieka jest inna, stąd też inne są nasze potrzeby, zatem skupię się w niniejszym wpisie wyłącznie na własnej perspektywie.

Kilkanaście lat w internetowej społeczności

Obecnie bardzo łatwo napotkać wypowiedzi sceptyków social mediów, którzy z dumą przyznają się do braku jakichkolwiek kontaktów z taką formą internetowej interakcji z innymi ludźmi.

Nigdy nie miałem i nie będę miał konta na Facebooku.

Takie stwierdzenie najczęściej padłoby z ust osób raczej starszych ode mnie, które wraz z pojawieniem się znanych serwisów zza oceanu już wtedy reprezentowały postawę znacznej rezerwy do wspomnianych produktów.

Czy jednak można doszukiwać się rzetelnych opinii w kwestii tzw. mediów społecznościowych wśród osób, które nie posiadają jakichkolwiek doświadczeń z tymi? Przy zachowaniu zdrowego rozsądku i umiejętności racjonalnego budowania opinii na podstawie długich obserwacji oczywiście można dojść w tej materii do wartościowych wniosków, jednak nic nie zastąpi doświadczenia.

Sam z Facebooka bardzo aktywnie korzystałem od 2010 roku, a przed jego popularyzacją w Polsce posiadałem konto na znanych lokalnych serwisach, takich jak świętująca niegdyś ogromny sukces „nasza klasa”.

Do tego dołożyć trzeba kilka lat intensywnego publikowania treści na Instagramie, a od ostatnich dwóch lat sięgałem wielokrotnie po opinię szanowanych użytkowników serwisu X (niegdyś Twitter), aby poznać zdanie specjalistów z wielu kulturalnych dziedzin.

Nie można zatem zarzucić mi ignorancji w temacie „sołszali”, ponieważ spędziłem w nich zdecydowanie wystarczająco dużo czasu, aby móc podzielić się z Wami swoją opinią i motywacjami, które pociągnęły mnie do ostatecznej kasacji kont.

Media aspołecznośniowe

Facebook powstał z myślą o reintegracji ludzi, których łączyła wspólna szkoła czy uczelnia, aby mogli w łatwy i szybki sposób zasięgać informacji o swoich dawnych znajomych. To naprawdę działało przez bardzo długi czas, czego dowodzi masowa „przesiadka” naszych rodzimych polskich internautów ze wspomnianej NK na serwis Marka Zuckerberga.

Modnie było zakładać konta na FB i przenosić swoje towarzyskie aktywności, ponieważ nasz polski protoplasta społecznościowego medium zwyczajnie odstawał od giganta zza oceanu pod względem możliwości technicznych, jak i braku łączności z osobami spoza kraju, którzy już wcześniej zaczęli chłonąć możliwości social mediów za pośrednictwem „niebieskiego” portalu.

Facebook był w swoich czasach ogromnym sukcesem, który u gruntu spełniał oczekiwania wielu użytkowników swoją bezpośredniością i otwartością formy, bowiem nikt nie był przywiązany nim do wirtualnych murów klasy czy szkoły, a dawał zarazem zupełnie inny i świeży obraz internetowej interakcji.

Poza publikowaniem zdjęć użytkownicy polubili możliwość oglądania amatorskich filmów swoich przyjaciół, a w międzyczasie mogli grać z nimi w gry, czy oddawać się innym wspólnym atrakcjom. Poznawanie nowych ludzi nigdy wcześniej nie było łatwiejsze, co stwarzało zupełnie nowy wymiar internetowej kultury.

Ludzie polubili „lubienie”. Prosta acz treściwa w swej formie możliwość łatwej reakcji na publikowane treści była w bardzo krótkim czasie kopiowana przez innych technologicznych gigantów, co potwierdza tezę, że jeszcze do niedawna Facebook sam potrafił definiować media społecznościowe – efektywnie stworzył je z niewinnego studenckiego pomysłu…

Jak to się stało, że FB przestał integrować i czym jest obecnie? Czy klątwa ta dopadła także inne serwisy?

Komercjalizacja sfery społecznej

Moim zdaniem wielkim rakiem zjadającym social media od około dekady jest nadmierne ukierunkowanie na biznes zarówno twórców jak i użytkowników.

Zacznijmy od tych drugich. Kto nie doświadczył zjawiska masowego pojawiania się lokalnych i globalnych firm na „Fejsie”? Jeszcze kilka lat temu nawet lokalny butik uderzał swoich potencjalnych klientów od drzwi napisami w stylu:

Obserwuj nas na Facebooku!

Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście odczuwam pewien dyskomfort, gdy nawet niewielka drogeria w bardziej lub mniej subtelny sposób zachęca kupujących do polubienia zdjęć publikowanych na firmowym profilu, aby tylko „poszerzyć zasięgi”.

Przyznam szczerze, że sam w taką spiralę zakłamania wpadłem, reklamując swoje blogowe treści wszędzie, gdzie tylko się dało, aby zyskać kilka wyświetl więcej…

Wypada w tym miejscu zastanowić się co tam naprawdę stało u podstaw tych mediów? Wszechobecny marketing zabił moim zdaniem pierwotną formułę, a biznesowe podejście samego właściciela portalu – Mety, jest skrojone pod użytkowników, którzy przyszli do niego z kasą, aby w ten sposób zarobić jeszcze więcej.

Promowane treści są niestety dla użytkownika korzystającego z domyślnych ustawień konta powszechne i przytłaczają zawartość, po którą ów tam przyszedł…

Jeden wielki i głośny szum reklamy skutecznie zagłusza informacje o znajomych, selekcjonując wartościowe dla nas wpisy wedle bliżej nieokreślonego algorytmu, nad którego mitycznym działaniem niejeden już połamał głowę.

Prawda jest taka, że właściciele wszystkich używanych powszechnie serwisów społecznościowych ukierunkowani są na zarobek dostarczany nie tylko z wyświetleń, ale przede wszystkim z danych, które dostarczane są im dobrowolnie przez użytkowników. To my, a nie nikt inny tworzy te portale, budując ich content, który bez relacji twórca – odbiorca byłby bezwartościowy z punktu widzenia Zuckerberga, Muska lub kogoś innego.

Towarem w tym wypadku jest użytkownik, a więc do niedawna także i ja. Nie jest to oczywiście odkrycie na miarę wody na Marsie, a swoją tezę staram się poprzeć wieloletnimi obserwacjami z pierwszego rzędu, jednak chciałbym tylko podkreślić, że moja decyzja o odejściu nie była pochopna.

Odchodziłem ze sporym żalem, wiedząc, że pewnie nici znajomości oraz moje możliwości śledzenia trendów społecznych i technologicznych zostaną bezpowrotnie ucięte.

Propaganda sukcesu

Czy zauważyliście może, że jako internetowe społeczeństwo zapędziliśmy się w publikowaniu naszego życia w sieci w ślepą uliczkę?

Zwróćcie proszę uwagę na jakość oraz wydźwięk treści, które bardzo szybko ogarnęła moda na propagandę sukcesu. Nie jest niczym nowym, że ludzkość ma silną potrzebę chwalenia się, jednak przytłaczającym zdaje się zjawisko, że media społecznościowe służą nam za kronikę życiowych osiągnięć, w której nie ma miejsca na potknięcia.

Wielki dom, nowy samochód, drugie w roku zagraniczne wakacje, czy wyścig osiągnięć dorastających dzieci – kochamy się chwalić i uwielbiamy się porównywać do innych, prawda?

Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zadrwił ze zdjęcia znajomego.

<niepokojąca cisza>

Nie ma się czego wstydzić, w końcu każdy człowiek jest inny i ma różną wrażliwość społeczną, ale wyrażanie publicznej radości ze spraw małych zdecydowanie gorzej „się klika” od soczystych i ociekających pieniędzmi tematów.

Rywalizacja zawsze była, jest i będzie naturalnym zjawiskiem wśród homo sapiens i nie wymyślił rzecz jasna jej Mark Zuckerberg. Ludzie podskórnie lubią czuć satysfakcję z wyższości własnych osiągnięć nad dorobkiem innych, co widać w ogromnych różnicach w ilościach reakcji pod określonymi treściami w stosunku do innych, mniej wykwintnych.

Chęć wygrywania na polu internetowych publikacji zdjęć i wpisów o paśmie niekończących się sukcesów i codziennych rozrywek w rzeczywistości oddala ludzi od siebie, przekreślając tym samym ideę integracji, czy idąc dalej – budowania społeczności.

Nieustanna konfrontacja z powszechną potrzebą umieszczania wyszukanego contentu potęguje poczucie alienacji, która obecna jest i bez tego w formie silnie skupiającej uwagę użytkownika na martwym ekranie telefonu lub komputera.

Takie środowisko bez żadnej przesady można nazwać antyspołecznościowym.

Cyberpunk na naszych oczach

W głowie rodzą się u mnie porównania do dystopijnej rzeczywistości ze światów science-fiction, w których to jednostka jest stłamszona przez interesy megakorporacji rywalizujących o prawo do każdego milimetra naszej fizycznej i cyfrowej rzeczywistości…

Dla wielu zapewne moje myślenie może uchodzić za paranoiczne, jednak fakty są takie, że firmy stojące za wydawaniem omawianych serwisów, a jeszcze nieco dalej za nimi stojące nazwiska konkretnych osób rzucają ponury cień na miliony nieświadomych użytkowników, którzy naiwnie sądzą, iż publikowane przez nich treści są ich własnością i służą wyłącznie ich interesom.

Wielu już zderzyło się z twardą ścianą zawiłych zapisów w regulaminach, które to bezwiednie akceptowali podczas zakładania kont, a które bezwzględnie udowodniły, że w prywatnym sektorze internetu pojęcie wolności słowa jest tylko górnolotnym terminem, który nie ma odzwierciedlenia w bezdusznych praktykach korporacyjnych.

Wolność Tomku w swoim domku.

Tylko, że ten domek należy do pana Marka Z. i Elona M., a my jako użytkownicy ich wirtualnego „ogródka” zgadzamy się na przestrzeganie reguł tej chorej gry, o czym mógł się w przeszłości boleśnie przekonać choćby jeden z obecnych kandydatów na stanowisko prezydenta USA (ten z żółtymi włosami).

Nie ważne kim jesteśmy i czego dokonaliśmy, musimy publikować treści zgodne z agendą przyjętą przez możnych tego świata.

Nikogo oczywiście u szczytu nie interesuje fakt, że akurat byłeś na wczasach w Egipcie – bez obaw, ich algorytmy zadbają już o to abyś wiedział gdzie masz udać się w przyszłym roku i na jaką fakultatywną wycieczkę wydasz swoje ciężko zarobione pieniądze. Mechanizmami, o których istnieniu nie zdaje sobie sprawy niestety wielu internautów, sterują armie wykwalifikowanych psychologów biznesowych i biegłych specjalistów z dziedziny AI, aby jeszcze efektywniej pozbawiać ludzi czasu, na którym korporacje zarabiają niemałe pieniądze.

Warto o tym pomyśleć nim następnym razem opublikuje się w social mediach zdjęcie z rodzinnego grilla, pozbawiając się tym samym swojej cennej warstwy prywatności, którą algorytmy przerobią dla Facebooka lub X-a na mierzalne dane.

Nawiasem mówiąc to jakim trzeba być ordynarnym burżujem, aby kupić sobie serwis społecznościowy tylko po to, by móc bezkarnie publikować co się chce i przy tym dobrze zarabiać na około politycznych szachach. Pozdrawiam Pana Muska i jeszcze niedawno zbanowanego na niegdysiejszym Twitterze użytkownika Trumpa… Niech wasze medialne biznesy sprawią, że więcej ludzi na tym świecie zacznie myśleć niezależnie i uwolni się sideł brudnej korporacyjnej gry.

Contentowa kloaka

Odrębnym problemem tzw. mediów społecznościowych jest jakość treści, które proponują nam systemowe algorytmy teoretycznie w oparciu o najczęściej wyszukiwane przez nas frazy i tematy.

Niestety fakty są nieco inne i owszem, przynależąc do określonych grup tematycznych i reagując na interesujące nas posty otrzymujemy propozycje, które zgrubnie mieszczą się w kręgach naszych zainteresowań, ale szybko są przytłaczane przez zupełnie bezwartościowy content w postaci chwilowych virali i wciąż popularnych pranków.

Osobiście muszę przyznać, że moje internetowe gusta ewoluują i tematy, które dostarczały mi rozrywki jeszcze kilka lat temu, w chwili obecnej są już dla mnie niestrawne, a niestety wewnętrzne mechanizmy social mediów tego nie respektują, choć usilnie walczyłem z blokowaniem contentu, który był dla mnie bezwartościowy. Bezskutecznie.

Potwierdza to niejako spiskową teorię, jakoby zachodnim odbiorcom podsuwamy był content stricte rozrywkowy, natomiast Azjaci w swoich aplikacjach (TikTok) ukierunkowują odbiorców na bardziej wartościowe treści – nauka i high-tech. W Chinach nastolatki oglądają filmiki o naukowych eksperymentach i ciekawych wynalazkach home made, a w Europie młodym serwuje się głupie pranki i półnagie dziewczyny…

To niejako wskazuje dokąd zmierza cywilizacja zachodu i w jakim miejscu widzi nas w przyszłości Azja.

Zmarnowany kredyt zaufania

Moja historia w tzw. mediach społecznościowych bywała burzliwa, choć przez większość czasu korzystałem z nich jak zwykły Kowalski, który od czasu do czasu zaktualizuje zdjęcie profilowe i odpisze na komentarze kilku znajomych. To niezobowiązujące podejście do sieciowych relacji jest w gruncie rzeczy nieszkodliwe i szanuję te osoby, które nadal posiadają umiejętność zachowania zdrowego rozsądku w korzystaniu z social mediów.

Problem niestety zaczyna się w momencie, gdy serwisy te wypełniają każdą niemal lukę w naszym harmonogramie i bezrefleksyjnie scrollujemy wśród bezwartościowych treści, które nawet nie dotyczą już osób, które znamy… Facebook traktowany jako szybki przerywnik wśród codziennych obowiązków potrafi działać jak narkotyk, zmuszając do coraz częstszego sięgania po telefon, aby tylko „na chwilę” sprawdzić co do zaoferowania ma tym razem aplikacja z literą F.

Jeżeli argumenty z wcześniejszych akapitów, wynikające z moich wieloletnich obserwacji kogoś nie przekonują, wówczas sugeruję zrobienie pewnego eksperymentu, a mianowicie usunięcie z telefonu wszystkich społecznościowych aplikacji na tylko jeden dzień. Jeżeli nie złapiecie się na niezręcznej czynności odblokowania telefonu i nerwowego szukania znanej ikony, wówczas możecie spać spokojnie. Problem natomiast będzie można łatwo zauważyć, gdy wsiadając do autobusu lub pociągu, albo idąc na krótką przerwę w pracy pierwszą czynnością jest wyjęcie telefonu…

Czas jest zbyt wartościowy, aby zabijać go w ten odtwórczy i nie kreatywny sposób.

Przestałem używać social mediów, bo po prostu im już nie ufam, zatem nie zasługują na miejsce w moim życiu.

I czuję się z tym doskonale.

Dodaj komentarz