Nie bywam na koncertach zbyt często, a jeszcze rzadziej bawię się na biletowanych festiwalach. Być może właśnie z tego powodu podchodzę do tego typu wydarzeń w swoim życiu, jak do czegoś wyjątkowego, do czego wypada dobrze się przygotować.

Nie tym razem.

O tym, że pojedziemy z żoną w tym roku do Krakowa na Rockowiznę wiedziałem już od wczesnej wiosny i nie będę ukrywał, że głównym punktem tej eskapady miał być dla nas koncert Comy, której twórczość moja lepsza połówka od lat uwielbia.

Nie było jednak mowy o drobiazgowej analizie twórczości wszystkich występujących artystów celem późniejszego wyłapania najlepszych perełek na żywo, jak na prawdziwego fana rocka przystało. Pojechałem prawie w ciemno.

Tłumy z resztą same swoją obecnością wskazały na to, które zespoły wzbudzają największe zainteresowanie i żadnym zdziwieniem nie było, że to występ Piotra Roguckiego z zespołem był jednym z tych najbardziej pożądanych w drugim dniu festiwalu, bo tylko w tym uczestniczyliśmy (ten jeden dzień to i tak rarytas dla dwójki zapracowanych rodziców, którym udało się znaleźć opiekę dla małoletniej latorośli).

Ten zespół dla dziewczyn…

Występ zespołu LemON miał być w sobotnim line-upie ledwie przystawką do „grubszych” ryb, które zaplanowane były na późniejsze godziny tego grzmiącego dnia (ciężkie burzowe chmury ocierały się przez pół popołudnia o teren Muzeum Lotnictwa, ale skończyło się tylko na strachu – nie mieliśmy bowiem kurtek…).

Niby to przez zwykłą ciekawość, ale jednak z przeważającą rezerwą i brakiem jakichkolwiek oczekiwań stanąłem wraz z żoną bardzo blisko sceny jeszcze na kilkanaście minut przed pierwszym dźwiękiem, bo coraz większe grupy ludzi zaczynały witać na festiwalowym polu, choć mieliśmy tego dnia za sobą już dwa świetne punkowo-rockowe koncerty.

Wokół mogłem zaobserwować zdecydowaną przewagę młodych dziewczyn, które z niecierpliwością wyczekiwały na to, aż zobaczą wokalistę, który skutecznie ukrywał się za kulisami.

Dostałem flash-backów z mojego ostatniego (i ostatniego w ogóle, bo potem był już tylko Pol’and’Rock) Woodstocku i koncertu Mesajaha, na którym to w tłumie kobiet pod samą sceną „stało metr osiemdziesiąt trzy chłopa, które za bardzo nie wiedziało co tam dokładnie robi”, jednak tym razem nęcony obietnicą usłyszenia rockowej aranżacji LemONa, stałem cierpliwe i nieruchomo.

Król małp ze szlifierką w gardle

Od pierwszych wersów można było poczuć, że nie jest to ten sam LemON, którego znamy wyłącznie z radiowych kawałków i muzyki tła dla tanich polskich komedii romantycznych. Tym razem Igor Herbut uderzył z mocą i… Małpim luzem.

Autentycznie tak to wyglądało, bo szczupła męska sylwetka podrygiwała na scenie w rytualnym i dzikim tańcu niczym król małp, w którego chaosie ruchów dostrzec można było zegarmistrzowską precyzję, ponieważ śpiew w ruchu jest niełatwą sztuką.

Bez zadyszki i z dziecięcym wręcz luzem drobniutka postać wydobywała ze swojego gardła potęgę głosu, tak jakby cały ten spektakl był ledwie zabawą – kolejną aranżacją.

Timing całego zespołu stał mocno niczym świątynia, której każdy kamień misternie wyrzeźbiony miał swoje odpowiednie miejsce i pod fasadą luźnej konwencji muzycy z każdym dźwiękiem udowadniali, że znają się na swoim fachu.

Sława i medialność to tylko jedna strona medalu każdej gwiazdy, ale prawdziwa umiejętność porwania tłumu i współtworzenia z nim wręcz swoich dzieł to już wyższa forma interaktywnej sztuki, której kuszt LemON opanował do perfekcji.

Na marginesie chciałbym zwrócić uwagę na grę basisty, który z pokerową twarzą wykonywał swoją pracę, a w chwili „luzu”, kiedy to perkusista popisywał się swoimi umiejętnościami, ten tak zwyczajnie wyjął z kieszeni telefon i robił sobie selfie ze słuchaczami, aż wreszcie udało mu się złapać zadowalające ujęcie, następnie bez pośpiechu schował telefon i perfekcyjnie wszedł w grę bębniarza ze swoją basową kwestią. To chyba ostateczny dowód na to, że w tym małpim chaosie panuje porządek. Najlepszy Iceman!

Naprawdę, Panowie, czapki z głów!

Był to zdecydowanie moment, w którym znowu rozejrzałem się wokół i dostrzegłem już gdzie nie gdzie te inne bardziej lub mniej zarośnięte głowy facetów, którzy podobnie jak ja dawali wyraz swojemu zadowoleniu. Nie taki babski ten koncert, jak się to wcześniej zapowiadało, prawda panowie?

To niezwykle miłe i ożywcze doświadczenie poznać na nowo coś znanego i takim właśnie był dla mnie koncert LemONa – nieprzeciętnie utalentowanych, szalonych, a przy tym skromnych chłopaków, którzy wiedzą co robić na scenie.

Przyjechałem do Krakowa posłuchać Comy, a wyjechałem szczęśliwy, że miałem możliwość posłuchać właśnie Was! Dzięki za wspaniały koncert.

A na koniec bis…

Achievement unlocked: Scarlett!

Igor, jesteś the best.

Dodaj komentarz