Pojawienie się komety na naszym niebie jest wspaniałym wydarzeniem, które przykuwa spojrzenia wielu ciekawskich osób. Od skromnych nadziei na przetrwanie tego niewielkiego kawałka skały w trakcie peryhelium, przez cierpliwie wyczekiwanie na moment perygeum, kiedy warunki obserwacyjne zdawały się być najlepsze, aż po dramatyczną walkę z chmurami, które w ciągu ostatnich dni nawiedzały spore obszary Polski, przekreślając wielu osobom jakiekolwiek szanse na zauważenie tego wspaniałego zjawiska na niebie.
Ale w końcu i nam się udało.
C/2023 A3 i perypetie z nią związane
Nazwana również po obserwatoriach odpowiedzialnych za jej odkrycie na początku 2023 roku, czyli Tsuchinshan-ATLAS, jest jednym z najważniejszych obok tegorocznych incydentów zorzowych zjawiskiem na polskim nocnym niebie, a które to przyciągają coraz większe ilości nowych miłośników astronomii. Do tego grona zaliczyć chciałbym swoją żonę, ponieważ to ona w moim przypadku była główną siłą decyzyjną w tym szalonym obserwacyjnym eksperymencie.
To dzięki jej determinacji udało mi się w końcu zobaczyć tą kometę, a nawet zrobić jej zdjęcie, ale nie był to proces łatwy…
Wieczorne spacery tuż po zachodzie słońca tuż po określonym przez naukowców perygeum i… Nic. Kometa była wówczas zdecydowanie zbyt nisko, abyśmy mogli zobaczyć ją z naszego miasteczka. Później seria niefortunnych pochmurnych wieczorów, w trakcie których mogliśmy co najwyżej podglądać internetowych streamerów, mających nad głową bezchmurne niebo.

W końcu ostatnie dzienne minuty z czwartku 17 października okazały się być dla nas na tyle obiecujące pod względem widoczności, że zdecydowaliśmy się na pierwszy konkretny wypad w plener „na miejscówkę”. Niestety pomimo kapitalnych warunków na północy, wschodzie i południu, to akurat zachodni kraniec horyzontu pokryły gęste chmury…

Niezwykle budującym doświadczeniem jednak było spotkanie wielu osób „na górce z kościółkiem”, którzy pojawili się tam tego wieczoru, aby zaobserwować kometę. Pomimo powszechnego zawodu i rozczarowania, jednak byłem pozytywnie zaskoczony, ponieważ nie zdawałem sobie sprawy, że w warunkach małego śląskiego miasteczka i wiejskich okolic można znaleźć aż tylu amatorów obserwacji nocnego nieba. Czyżby astronomia przeżywała swój renesans, a ja i żona staliśmy się jej kolejnymi „ofiarami”?
Moja druga połówka była jednak niezłomna w swoim postanowieniu i kolejnego dnia znowu naciskała na wyjazd, aby „złowić” kometę. Około godziny 18:00 niebo nad nami wyglądało wprost fantastycznie i zwiastowało kapitalne wręcz warunki do obserwacji całego nieboskłonu, więc po raz kolejny ubraliśmy się ciepło, zabraliśmy telefony, aparat i naszego lekko sennego trzylatka i ruszyliśmy „na górkę”.
Bezchmurne niebo, słońce już zdecydowanie schowało się za horyzontem, wokół niewielkie grupki ludzi wyposażonych w lornetki, aparaty i telefony z włączonym Stellarium – oczy wszystkich skierowane były na zachód, zdecydowanie powyżej panoramy Tychów, które z naszej „miejscówki” oświetlały nam dość mocno niebo. Głosów euforii jednak brak – kometa była bowiem już tak blada, że dostrzeżenie jej nieuzbrojonym okiem graniczyło z cudem.

Minuty niepewności zamieniliśmy w nerwowy spacer po okolicy z niecierpliwym już od stania w miejscu synem, jakby rozczarowani efektem, który nawet bladym cieniem nie zadowolił naszych zaciekawionych komety oczu…
Ale niebo już nieco bardziej pociemniało i tu i ówdzie dało się słyszeć głosy osób, które wyposażone w podstawowy sprzęt obserwacyjny lub fotograficzny deklarowali, że „widzą”. Żonie nawet udało się zrobić zdjęcie telefonem które bardzo nieśmiało ujawniało pozycję omawianej komety, a ktoś obok wyposażony w teleskop „złapał” winowajcę zamieszania w soczewce – mamy sukces!
Nie było to jednak tak łatwe do osiągnięcia i spektakularne doświadczenie, jak tego wcześniej oczekiwaliśmy.

Żona poszła już z synem do samochodu, aby mógł pójść spać, a ja pomyślałem jeszcze, że wyjmę z torby aparat i spróbuję zrobić zdjęcie komecie, choć jestem kompletnym amatorem i nie posiadam obiektywu odpowiedniego do robienia zdjęć nocą…
Kilka prób z różnymi ustawieniami w pełnym manualu, bez statywu i mam to!

Tak, posiadacze lepszych smartfonów są w stanie bez trudu osiągnąć bardziej spektakularny efekt, jednak satysfakcja z uzyskania obrazu komety w pełnym trybie manualnym i bez wsparcia jakiegokolwiek algorytmu jest bezcenna. Bardzo cieszę się z tego zdjęcia, ponieważ jest to moje pierwsze prawdziwe astrofotograficzne doświadczenie i to w dodatku osiągnięte podczas prawdziwej wyjazdowej obserwacji – oby było ich w naszym przypadku jeszcze więcej.
Słabo widać kometę na powyższym zdjęciu? Dla sceptyków mam poniżej przybliżenie w znacznie podkręconej formie jako dowód.

Jako kompletny nowicjusz i posiadacz sprzętu dedykowanego raczej do zdjęć dziennych jestem bardzo szczęśliwy, że udało mi się zrobić to zdjęcie bez statywu. Dodatkowym utrudnieniem było duże miasto oświetlające zachodni horyzont i fakt, że kometa 18 października nie znajdowała się już w optymalnym położeniu do obserwacji warkocza pyłów, który pod obserwowanym kątem nie był już najlepiej oświetlany przez słońce za horyzontem.
Porównując jasność komety na powyższych zdjęciach z gwiazdami wokół, można dość łatwo zrozumieć jak karkołomnym (a raczej oczołomnym) wyzwaniem było jej dostrzeżenie bez sprzętu – ledwie majaczącą łunę, która ujawniała się tylko dla przyzwyczajonego do ciemnego obrazu oka. Gapienie się w ekran telefonu niewskazane!

Jeżeli jednak komuś się udało, to mógł być z siebie dumny, bo dostrzegł pylisty pióropusz około dwukilometrowej skały z odległości 71 milionów kilometrów! Nice.
Kwestie naukowe pozostawiam naukowcom, a amatorom astronomii takim jak my chciałbym jedynie pozostawić proste zrzuty ze Stellarium, prezentujące stan rzeczy w momencie naszej obserwacji 18.10.2024 około godziny 19:20.

Oraz nieco szerszy plan…

Naprawdę warto czasami ruszyć tyłek z fotela i spędzić wieczór pod gwiazdami, a podkreślić muszę, że wcale nie trzeba ogromnej wiedzy i bardzo drogiego sprzętu, aby móc z sukcesem obserwować rzeczy tak ciekawe jak ta kometa. Polecamy!


Dodaj komentarz