Zbliża się koniec roku kalendarzowego, a wraz z nim zaczynają się rodzić w głowach wielu z nas ambitne plany i postanowienia, których zbawienny początek nastać miałby 1. stycznia o poranku.

Dieta, treningi, nowa praca, a może nawet i partner lub partnerka – tkwiąc w marazmie codzienności marzymy o zmianie naszego życia na lepsze. Od razu.

Zasiadając do wigilijnego stołu decydujemy niejednokrotnie o zarzuceniu z siebie nadmiaru tłuszczu, a dogorywając w łóżku na posylwestrowym kacu pragniemy raz na zawsze zerwać z piciem alkoholu. Wiotkie i pozbawione energii ciało wręcz krzyczy w tym jesienno-zimowym nastroju o wdrożenie radykalnego programu treningowego, a dorobek osobistych osiągnięć kopie pozostałości naszych ambicji za brak woli i konsekwencji. A najlepiej obrócić wszystkie te czynniki w jeden wielki plan przemiany naszego małego świata i to koniecznie w jeden dzień…

Mijający rok był dla ciebie zawodem, ponieważ po raz kolejny nie udało ci się dotrzymać noworocznych postanowień? Nie martw się, zmiana liczby w kalendarzu nie przyniesie żadnej rewolucji!

Ukrytego haczyka brak. To nie bait.

Jest to wpis dla prawdziwej jesieniary i silnego jesieniarza, więc korzystając z okazji, że wszystkie kolorowe listki już opadły i rozpoczęły proces powolnego gnicia, chciałbym zaprosić Was na rozważania o tym jak umierać… Żyjąc. Słowo „proces” jest tutaj kluczem.

Blask poranka

W obliczu pięćdziesięciu jeden odcieni szarości w otaczającym nas obecnie krajobrazie warto przywołać w swojej głowie wspomnienie o niedawnych letnich porankach, które w pięknym różowo złotym blasku karmiły nasze oczy i nozdrza budzącym się do życia światem. Przypomnij sobie to majaczące na wschodzie światło, które skromnie i delikatnie muskało rzęsy, wprawiając ciało w błogie wibracje. Co tak naprawdę wywoływało odruchy miłości w naszych sercach do tej przepięknej aury?

Jej subtelność, a dokładniej to w jaki sposób mrok nocy przechodził w światło dnia. Delikatnie i stopniowo, w akompaniamencie płynnych przejść, a nie gwałtownych zmian. Natura doskonale wie jak ma owa zmiana następować, wymaga procesu. Każdy poranek jest wypadkową trwającego dwadzieścia cztery godziny ruchu obrotowego Ziemi wokół własnej osi, a nie supernową.

Blaknąc nabrać wyrazu

Wiele osób w tym momencie może pomyśleć:

Co ten facet pie***li?

Warto zatem powiedzieć mocno i zdecydowanie: wybij sobie z głowy tą wielką rewolucję!

A skoro już o głowie mowa, to trzeba w tym miejscu przypomnieć sobie niedawną modę na koloryzację włosów w stylu ombre. Dla tych, którzy nie znają się na temacie, albo po prostu w swoim nieszczęściu urodzili się mężczyznami, już spieszę z ułomnym chłopskim wyjaśnieniem. Jest to nic innego jak koloryzacja końcówek włosów tak, aby osiągnąć efekt płynnego przejścia tonów od najczęściej ciemnej (choć nie zawsze) nasady do rozjaśnionych końcówek. Przejście bez wyraźnego odcięcia jest tutaj efektem porządnym, ale co u licha włosy mają do Twojego życia?

Jeżeli przypomnisz sobie wstęp, w którym wytykam irracjonalność radykalnych zmian i skontestujesz je z płynnym ombre, to zrozumiesz jak ważne w życiu jest podejście procesowe, które dostrzega nie tylko początek i koniec, ale też wszystkie fazy pośrednie.

W naszym życiu jest jak z jazdą pociągiem, w której musimy zaliczyć wszystkie stacje, aby móc na końcu wysiąść w zupełnie innym miejscu i okolicznościach, ale przy tym z bagażem doświadczeń i wspomnień, nie tylko tych miłych.

Bardzo często chcielibyśmy, aby dobre zmiany następowały szybko, zwłaszcza gdy okresy mentalnej i fizycznej posuchy zbytnio się przedłużały, albo co gorsza, gdy zjadają nas wyrzuty sumienia o zmarnowanym potencjale lub zniszczonej kondycji cielesnej lub emocjonalnej.

W prawdziwym życiu jednak magicznych różdżek brak i nie mamy czym dotknąć naszej głowy, aby wszystko od pierwszego stycznia układało się według rygorystycznego planu. Choć dyscyplina jest bardzo ważna, to nie może stać się ona więzieniem dla naszego ciała i umysłu, bo gdy zabraknie w nim miejsca dla tolerancji własnego „ja” ze wszystkimi jego niedostatkami, to nie znajdziemy w sobie na tyle siły i odwagi, aby móc znosić je u innych.

Żaden człowiek nie jest w stanie odmienić całego świata, a sfrustrowany nie potrafi odmienić nawet własnego.

Mocniej, szybciej, wyżej

Usłyszałem niedawno w bardzo popularnej polskiej rozgłośni radiowej wypowiedź dwójki czołowych redaktorów, która dosłownie rozbiła we mnie resztki nadziei na koegzystencję przedstawicieli różnych pokoleń.

O tych światopoglądowych różnicach pisałem już na tym blogu wcześniej w dedykowanym wpisie.

Nie da się łatwo zestawić mindsetu babyboomera lub milenialsa z Zetką, jednak poziom arogancji ze strony tych pierwszych sprawia, że chyba w ogóle jest to niemożliwe. Szczególnie drażniące są twierdzenia tego typu:

Zetki to pokolenie płatka śniegu.

W tym miejscu starsi o jedną lub dwie generacje ludzie wytykają młodym obecnie dorosłym niezaradność, złe planowanie i niestabilność w obliczu trudności. Z umiłowaniem przywołują wciąż żywe wspomnienia z lat 80., 90. i wczesnych dwutysięcznych, kiedy panowało duże bezrobocie, przez co należało się cieszyć nawet ze zbyt niskiego wynagrodzenia, ponieważ praca była luksusem, którego obecne pokolenie nie docenia.

A gdzie słowo o zawodowej efektywności tych utrudzonych generacji? Czy fakt wchodzenia w dorosłość w czasach biedy świadczyć już może o jakimkolwiek sukcesie i zaradności osób z roczników 196x, 197x lub 198x?

Pora obalić mit „Solidarności” o twardych ludziach, którym dane było dorastać w trudnych czasach, ponieważ nie istnieje w historii świata pojęcie „łatwego życia”. Ono zawsze było trudne i skomplikowane, jednak wymiar jego niewygody zawsze wydawał się być niezrozumiały dla reprezentantów pokoleń, które swoją produktywność mają już dawno za sobą.

Naszym rodzicom w młodości brakowało wielu materialnych wygód, których obecność możemy doświadczać w otaczającej rzeczywistości. Komputery, telefony, internet – sztampowe przykłady „światowej obfitości” przywoływane przez starych ludzi, które w ich mniemaniu są kamieniami milowymi ludzkości, a bez których to młodzi nie potrafiliby się obyć.

Za naszych czasów tego nie było…

A teraz jest i czy ludzkie życie stało się dzięki temu inne? Czy zmieniło to naszą wartość? Nadal jesteśmy ludźmi posiadającymi mnóstwo trosk, które skupione są wokół teraźniejszości i przyszłości nas samych i naszych najbliższych. Tempo życia wzrosło, a przy tym oczekiwania świata względem jednostki urosły, podbijane mitem większych możliwości wypływających ze zdobyczy techniki i wyższego poziomu życia niż ten, w którym wyrastali nasi rodzice.

No właśnie – nasi rodzice – twardziele, po których odejściu na pewno załamie się świat… Każde pokolenie uważa się za ostateczne i uznaje niższość i upadek następnej generacji.

Niestety ludzie XX. wieku mają wdrukowane, że tylko gwałtowne zmiany i rewolucje świadczą o postępie, nie dostrzegając korzyści płynących z powolnego i pokornego życia, które w swoich głowach niesie nowa generacja – pokolenie ludzi, którzy wreszcie mają szansę na pokojowe życie i rozwój bez usilnego udowadniania światu swojej siły.

Pomyślcie o tym drodzy staruszkowie, lecząc swoje nerwice, depresje i nowotwory, będące wynikową Waszego podejścia „zes*aj się i nie daj się”. Życie na kredyt spłacany dzięki znienawidzonej pracy, w imię lojalności dla systemu, który zdaje się być raczej błędem matriksa, a nie osiągnięciem twardego i silnego pokolenia Polaków, którzy mają moralne prawo do umniejszania spraw generacji Z.

Mam więc prosty poradnik.

Po pierwsze: Nie zes*aj się.

Intensywną pracą i rewolucyjnym sposobem myślenia zwalczysz raczej siebie, a nie całe zło tego świata. Idź przez życie swoim tempem, a dojdziesz we właściwe miejsce. Dla jednych ludzi ta droga musi być długa, a dla innych może być krótka – nie mamy wpływu na jej długość, zatem warto w tym miejscu zakodować w swoich głowach, że nasze życie jest wielką niewiadomą, stąd właśnie niech długość naszego ombre, czyli życiowych stopniowych zmian ma nieokreśloną długość, np. Z.

Ten zbawienny sposób myślenia otwiera drogę do kolejnej rady.

Po drugie: Bądź sobą.

Nikt nie osądzi Cię lepiej niż osoba stojąca na tyle blisko, aby Cię widzieć, ale na tyle dalego, aby uniknąć potencjalnego kontrataku. Życie naprzeciw zwierciadła z osiągnięć i planów innych osób to udręka prowadząca do choroby zakaźnej, zwanej frustracją. Boomerzy wściekają się, że nie udało im się zbudować świata, w którym sami chcieliby żyć, dlatego winą starają się obarczyć pokolenie Z, które w ich krytycznym spojrzeniu uchodzi za nieproduktywne i niestałe, pozbawione wielkich ambicji.

Ten chory wyścig szczurów popędzany sparciałym paskiem z sowieckich czasów musi się wreszcie skończyć i tylko od nas zależy, czy znajdziemy w sobie tyle odwagi, aby odciąć się od tego zgniłego systemu, zbudowanego na kołowrotku pracy i konsumpcji. W życiu chodzi o coś więcej. Jeżeli to zrozumiesz, to będziesz sigmą.

Dodaj komentarz