Mój poprzedni artykuł poświęcony Państwu Środka rzucał bardzo pozytywne światło na rozmaite aspekty życia w tym odległym kraju, jednak każdy realista wie, że wszędzie tam gdzie jest światło, musi być również i mrok. Zdecydowałem więc, że moja druga wizyta w Chinach, a konkretnie jej subiektywna analiza, będzie stanowić kontrapunkt dla wspomnianej wcześniej orientalnej idylli.

Chciałbym również na wstępie zastrzec, że nie jest to w żadnym wypadku poradnik podróżniczy, a tym bardziej rzeczowe studium o chińskiej rzeczywistości, a raczej wybiórcze spostrzeżenia przypadkowego turysty, który poleciał tam pracować, a nie chłonąć obcą rzeczywistość. Pomimo tych wszystkich ograniczeń bardzo chciałbym podzielić się swoimi obserwacjami i doświadczeniami. Zapraszam!

Stara dzielnica Szanghaju, bardzo drogie i turystycznie oblegane miejsce, które ku mojemu zaskoczeniu w niedzielę nie było zatłoczone. Fot. Kamil Czerwiński.

Dokumenty do kontroli

Będąc obywatelem Unii Europejskiej, podróżując zazwyczaj lokalnie po kraju lub zachodnich państwach Starego Kontynentu, bardzo łatwo jest utracić poczucie administracyjnych i kulturowych granic, czemu sprzyja brak kontroli osób na przejściach granicznych między państwami oraz wolny niemal przepływ towarów i usług. Unia jako solidny organizm pokazuje, że życie we wspólnocie jest łatwiejsze.

To zupełnie niezrozumiały obraz dla przeciętnego Chińczyka, który nigdy nie przekroczył granic swojego kraju z uwagi na jego rozmiary oraz uwarunkowania ekonomiczne, a mimo to poprzez wzmożoną kontrolę ze strony aparatu państwowego musi on sięgać po swoje dokumenty częściej niż my, Europejczycy.

Warto przedstawić to na konkretnym przykładzie, ponieważ nawet zwykła krajowa podróż pociągiem wymaga każdorazowo okazania dokumentu tożsamości na wejściu i wyjściu ze strefy peronów, co ukazuje jak duży nacisk kładą chińskie władze na kontrolę przepływu przeszło 1,4 miliarda swoich obywateli.

Obcokrajowcy rzecz jasna posługiwać się muszą na każdym kroku swoim paszportem, skanując go podobnie jak Chińczycy swoje dowody osobiste, przed wejściem i po wyjściu z peronu, meldując się przed aparatem kontroli – podobnie jak ma to miejsce na lotniskach.

Takie widoki dla mieszkańca małej polskiej miejscowości naprawdę mogą zapaść w pamięć na całe życie. Szanghaj zachwyca rozmachem! Fot.: Kamil Czerwiński

Korzystanie z wielu atrakcji turystycznych także wymaga okazania dokumentu potwierdzającego tożsamość i wszystkie te działania zdają się mieć sens w kontekście bezpieczeństwa wewnętrznego – w końcu mówimy o ogromnej społeczności, która niekontrolowana, mogłaby stanowić zagrożenie sama w sobie – jednak cały system funkcjonuje sprawnie tylko w przypadku braku cyfrowych chochlików…

Digitalizacja wielu sfer życia Chińczyków jest ułatwieniem dla obywateli i władz tylko wtedy, gdy wszystko jest dopracowane i sprawne, jednak w Państwie Środka pod skorupką innowacji kryje się całe mnóstwo cyfrowych niedoróbek, skutecznie eliminujących komfort podróżowania i życia.

Przykład? W Chinach często zdarzają się problemy z automatycznym odczytem europejskich paszportów na dworcach, co w konsekwencji skutkuje unieruchomieniem obcokrajowca, pomimo posiadania ważnego biletu na pociąg. Nadzieję na możliwość wyjaśnienia problemu z pracownikiem obsługi kolei można od razu pogrzebać, jeżeli nie znamy języka chińskiego. Bez „chińskiego opiekuna” niektóre banalne kwestie są bardzo trudne do przejścia przez to, że cyfrowy system nadzoru jest zawodny, a przy tym bezwzględny.

Nowoczesne chińskie miasto – horyzont możliwości, rdza i niedoróbki. Brutalnie i bezwzględnie. Fot.: Kamil Czerwiński

Pan prezydent patrzy

Skoro o metodach kontroli obywateli i cudzoziemców już mowa, to warto wspomnieć o tym, że chiński aparat kontroli uwielbia monitoring, instalując kamery w ilościach niespotykanych chociażby w Europie. Skrzyżowania ulic, narożniki budynków, wejścia do sklepów, punktów usługowych czy bloków mieszkalnych – to miejsca, które wydają się całkiem logicznymi punktami do obserwacji. Co jednak powiecie na fotografowanie kierowców i pasażerów w samochodach nawet co kilkaset metrów? Taki system foto kontroli wyposażony jest nawet w lampę błyskową, aby jeszcze lepiej doświetlić wnętrza pojazdów po zmierzchu. A biedni kierowcy, którzy co chwilę rażeni są fleszem prosto w oczy? Kto narzeka, ten nie jedzie, a kto nie jedzie, ten przegrywa.

Zapytałem oczywiście raz pewnego Chińczyka o to, dlaczego tak często są nam robione zdjęcia na drodze i usłyszałem wymijającą odpowiedź, że policja w ten sposób sprawdza czy kierowca nie korzysta podczas jazdy z telefonu i czy wszyscy pasażerowie mają zapięte pasy, jednak szczerze wątpię, że tylko o bezpieczeństwo chodzi.

Cały ten ekosystem kontroli wizyjnej w połączeniu z zaawansowanymi algorytmami rozpoznawania twarzy w istocie pozwala na drobiazgowe śledzenie każdego kroku wszystkich osób, które znajdują się w zasięgu choćby jednego z obiektywów, a uwierzcie mi – jest ich naprawdę wiele.

Duży może więcej. Fot. Kamil Czerwiński

Do pracy, rodacy

O sześciodniowym tygodniu roboczym Chińczyków, drzemaniu ze zmęczenia na stanowisku pracy i mozolnym realizowaniu zadań krążą już niemal w świadomości ludzi Zachodu legendy, jednak jak jest naprawdę?

W rzeczywistości wiele osób mieszkających w Państwie Środka zasuwa po kilkanaście godzin na dobę przez siedem dni w tygodniu, bez ani jednego dnia wolnego w roku. Są to głównie pracownicy gastronomii, sklepów i sektora usług, które w Chinach bardzo prężnie się rozwijają, jednak co z ich prawem do urlopu? Wyjaśnienie nie jest wcale takie proste.

Generalnie chińskie przedsiębiorstwa można podzielić na trzy kategorie z uwagi na ich podejście do czasu pracy i możliwości korzystania z dni wolnych, które reguluje państwo, tj. święta narodowe, czy Chiński Nowy Rok.

Pierwsza, a zarazem najniższa kategoria pod względem produktywności to zagraniczne firmy, które swoje oddziały uruchomiły w Chinach, aby usprawnić łańcuchy dostaw ze swoimi kooperantami lub po prostu obniżyć koszty pracownicze. One z reguły pracują na modłę europejską, tj. przez pięć dni w tygodniu w wymiarze ok. 40h, co nie jest unormowane prawnie.

Wysoka konkurencyjność chińskiego rynku jednak wymusza o wiele bardziej wymagający tryb – sześciodniowy, bo jak można łatwo oszacować – kto odpoczywa, ten nie pracuje, a kto nie pracuje, ten nie zarabia. Taki format jest szczególnie popularny wśród rodzimych biznesów, które dobrze rozumieją lokalne uwarunkowania i walkę o pieniądz.

Dużo pracujesz, bratku… Napij się najlepszego baijiu! Reklamy wódy w Chinach są powszechne i dobrze odbierane, alkohol jest z reguły tani, a tutaj do picia zachęca nas sam Jackie Chan. Fot.: Kamil Czerwiński

Ostatnią grupę tworzą interesy, o których wspomniałem na początku, tj. handel bezpośredni i usługi, które poprzez pracę każdego dnia czerpią zyski z wielomilionowego narodu, chcącego wydać swoje ciężko zarobione juany – zwłaszcza w takie dni „wolne” jak niedziela.

Po co jednak aż tyle się pracuje w Chinach? Jedną z odpowiedzi może być chociażby opieka zdrowotna, która nie obejmuje zwolnienia chorobowego, tj. każdy dzień spędzony z grypą w łóżku oznacza dla przeciętnego Chińczyka mniejsze wynagrodzenie.

Sam byłem wielokrotnie świadkiem, że moi chińscy współpracownicy łapali infekcje w sezonie jesienno-zimowym, które przy sporych wahaniach temperaturowych są częste i potrafią być dokuczliwe, jednak niemal zawsze rozwiązywane były bardzo krótką wizytą w szpitalu, połączoną z intensywnym szprycowaniem farmaceutykami i taki osłabiony pacjent wracał po kilku godzinach do pracy.

Ogrody Yu w Szanghaju zimą może i nie porywają florystyczną euforią barw, jednak w ciepły słoneczny dzień można odkryć ich wschodnie piękno i czar. Fot.: Kamil Czerwiński

Życie jest po to, by konsumować

Na szeroko rozumianym Zachodzie to stwierdzenie nikogo obecnie nie dziwi, ponieważ w dobie łatwej dostępności do szerokiego wachlarza dóbr i usług trudno wyobrazić nam sobie bardziej kapitalistyczną relację pracy i pieniądza. W Chinach nie zawsze tak było.

Począwszy od gospodarczych reform u schyłku ubiegłego wieku, Państwo Środka zaczęło doznawać ekonomicznego renesansu, jednak pracowitość wielu milionów obywateli swojego rozpędu w konsumpcyjnym wymiarze zaczęła nabierać stosunkowo od niedawna, a w zasadzie od potężnego bumu technologicznego ostatniej dekady.

Współcześni Chińczycy, a zwłaszcza przedstawiciele młodszych pokoleń, którzy zamieszkują duże miasta, lubują się w ekskluzywnych markach ubrań, dużych i bogato wyposażonych samochodach oraz high-endowej elektronice. Zachodnie produkty premium nadal są tam oznaką prestiżu i osobistego sukcesu (Mercedes-Benz, BMW, Calvin Klein, Dior, iPhone, Tommy Hilfiger), jednak szturmem na rynku zaczynają pojawiać się lokalni producenci elektroniki, samochodów i ubrań, którzy bardzo mocny nacisk kładą na jakość i luksus, aby w pierwszej kolejności ich rodzimy klient sięgał po narodowe dobro.

W naszej polskiej mentalności produkty z Chin nadal odbierane są społecznie jako towar drugiego, a nawet trzeciego sortu, co niestety – nie bójmy się tego powiedzieć głośno – jest naszą narodową wadą – to po prostu ignorancja. Ubolewamy nieustannie nad tym, że azjatyccy producenci podbijają kolejne rynki na zachodzie swoimi niskimi cenami, a nie dostrzegamy wysokiej jakości i prawdziwie biznesowego podejścia. Betonujemy własną produkcję szeregiem norm i atestów, których spełnienie jest dla nas samych procesem skomplikowanym i niezwykle kosztownym, a tymczasem Chiny…

No właśnie. Tam produkuje się ogromne ilości rozmaitych dóbr, eksportuje je, ale także sprzedaje lokalnie. Współczesny Chińczyk wzgardzi marnej jakości urządzeniem elektronicznym, a wieloletnie korzystanie z telefonu komórkowego, to oznaka biedy. Młodzi ludzie uwielbiają mieć nowy i zawsze topowy sprzęt, zatem zmieniając co 2-3 miesiące telefon na nowszy model, napędzają gospodarkę, bo musicie wiedzieć, że w Chinach rynek elektroniki second-hand kwitnie, dając zatrudnienie sprzedawcom i elektronikom prowadzącym serwis używanych urządzeń.

Takich hal targowych w dużych miastach można spotkać wiele, a kupimy na nich nowiutkie niemal zegarki i telefony. Jeżeli bateria wymaga wymiany, to cała operacja na „pacjencie” odbywa się na oczach klientów. Fot.: Kamil Czerwiński

Skoro Chińczycy żyjący na wysoko rozwiniętym wschodzie kraju obracają się w nowych produktach o dobrej jakości, a przy tym przyczyniają się do ekonomicznego rozwoju państwa, to gdzie jest ukryty haczyk?

Pracując po kilkanaście godzin na dobę, a potem w pozostałym czasie wydając zarobione juany na jedzenie w knajpach, modne ubrania i nowe telefony, łatwo można wpaść w wir nieustannego obrotu pieniądzem, co dla państwa jest zjawiskiem zdrowym i korzystnym, ale u jednostki zaciera głębsze rozumienie sensu własnej egzystencji oraz osobistego celu.

Pracować, zarabiać i wydawać!

Smutnym jest widok ludzi, którzy ekscytują się nowo wydanym modelem iPhone’a lub Huaweya, a nie potrafią się choć na chwilę zatrzymać i kontemplować piękna przyrody i otaczających ich krajobrazów. O rzece ludzi pędzącej na oślep przez zapierające dech w piersiach ogrody miasta Suzhou pisałem już w poprzedniej relacji…

Społeczeństwo ludzi przyklejonych do smartfonów. Zostawiam pod osobistą rozwagę.

Odbierzmy Japończykom to co nasze!

Podczas mojego pobytu w Chinach bardzo często udało mi się usłyszeć w głosach obywateli Państwa Środka pewną nutę żalu, że przez dekady trwania czerwonej kurtyny świat odizolował się od nich do tego stopnia, że wiele elementów ich kultury jest obecnie traktowane przez Zachód jako „japońskie”…

Nie jest przypuszczam dla nikogo tajemnicą, że w kwestii pisma japońskie kanji są żywym przykładem importu własności intelektualnej z Chin, gdzie znaki te nazywane są hanzi. Brzmi podobnie? Także i bardzo znane, oparte na sylabowym zapisie systemy znaków hiragana i katakana bazują w swojej formie na znanych od wieków znakach chińskich. Ale to tylko szkolny przykład!

Co powiecie na ramen i feng shui? Naprawdę wiele elementów kultury i kuchni japońskiej, którymi dziś cały świat się zachwyca, zostało zapożyczonych przez samych Japończyków od większego sąsiada zza morza, co jest ością w gardle dla samych Chińczyków, którzy chcieliby zachęcić świat zewnętrzny do siebie „czymś swoim”…

Kontratak padł na mangę i anime, które w ostatnich latach lokalnie w Chinach urosły we własne tytuły i motywy, odcinając rodzimą młodzież i miłośników kultury kawai od japońskiego najeźdźcy. Hai!

Sklepy z mangą, grami, gadżetami, reklamy eventów w klimacie anime – tego naprawdę jest w Chinach zatrzęsienie. Fot.: Kamil Czerwiński

Ku mojemu zaskoczeniu, Chińczycy naprawdę lubią taki styl przemycać nawet do sfery zawodowej, posługując się mangowymi avatarami na czatach, słodkimi breloczkami i naklejkami na telefonach, a prywatnie oklejając swoje samochody i jednoślady rozmaitymi kawai emblematami. To naprawdę urocze i miłe dla oka doświadczenie, że nawet przeciętni i bardzo często dojrzali Chińczycy upiększają w ten sposób swoją szarą rzeczywistość, jednak dziwić może fakt, że uznają tą sztukę i kulturę za własną.

Tak, przyznam, że trudno mi było wyjść ze zdziwienia jak jeden z Chińczyków z pełną powagą przedstawił mi swoją teorię na wszechobecną modę anime…

Te seriale i komiksy tak naprawdę pochodzą z Chin, a Japończycy odebrali je nam. Teraz powoli przejmujemy to co nasze.

Nie jestem ekspertem, ale chyba mamy do czynienia z jakąś formą transparentnej wojny kulturowej, co o tym sądzicie?

Czy chciałbym znowu odwiedzić Chiny?

Odpowiem sam sobie – tak. Pomimo tych wszystkich sprzeczności i utrudnień chętnie po raz kolejny odwiedziłbym ten kraj – w miarę możliwości już nie służbowo, tylko prywatnie z moją rodziną, aby móc w spokoju wchłonąć i poznać jeszcze więcej detali.

Niniejszy wpis miał być kontrapunktem dla mojego pierwszego artykułu, jednak jeżeli dotarliście aż do tego momentu, to zauważyć możecie, że pierwotny plan się nie udał, bo tak naprawdę nie da się skutecznie zniechęcić Europejczyka do podróży lub życia w Chinach. Jest to kraj tak ciekawy i tak odmienny od realiów, które znamy, że każdy krok tam postawiony może inspirować i uczyć czegoś nowego, a przecież o to w tych wszystkich naszych pasjach chodzi – abyśmy mogli się rozwijać.

Na zakończenie chciałbym zaprezentować pewien widok: skromne buty ojca redaktora, szyba i 259 metrów wolności pod stopami! Nawet nie wiecie ile walki z lękiem wysokości i przestrzeni mnie to zdjęcie kosztowało… Ale było warto, pozdrawiam Was serdecznie!

Dodaj komentarz