Czy nadmiarowa ilość gotówki w portfelu Steam i sezon na posuchę w sklepowych promocjach na ciekawsze tytuły mogą oznaczać coś dobrego? Pewien znany wieszcz głosił, że:
Dwanaście złotych może zabić miłość w człowieku.
Ja zaś za wątpliwej jakości doświadczenie zdecydowałem się przepłacić, bo mój pachnący nowością (ale nie świeżością) nabytek wart był u kupca Gabena siedemnaście złotych polskich i dziewięćdziesiąt dziewięć groszy.
Nie bójmy się wspólnie głośno zapytać:
Czy było warto?
Zacznijmy jednak od wstępu, aby mieć jasność co do tego, z czym mamy do czynienia w niniejszej analizie tytułu – mowa bowiem o Chivalry: Medieval Warfare, który w 2012 roku bardzo głośnym sukcesem zapełnił swoją niszę i zaskarbił sobie serca wielu, wielu miłośników dekapitacji i Gwiazd porannych…
„Sziwalri” była te niespełna 13 lat temu grą definiującą swój własny gatunek, wzbudzającą skrajnie pozytywne emocje wśród odbiorców, którzy łaknęli powiewu świeżości na rynku gier, a który dominowany był przez kolejne strzelanki i erpegi. Średniowieczna i skrajnie brutalna bijatyka nie tylko podtytułem, ale i bardzo szybką, wymagającą zręczności i skupienia akcją, jasno deklarowała z jakimi branżowymi gigantami staje w szranki, choć… Sama raczej wywodzi się z devowego plebsu.
Niech o popularności, a zarazem przemijającej z biegiem lat chwale tej gry poświadczy poniższy wykres ocen na platformie Steam:

To naprawdę nie był półprodukt dla przedszkolaków, a pełnoprawne dzieło, które odniosło całkiem zauważalny sukces. Ale to już minęło.
Najlepsze lata pierwsza część Chivalry ma już dawno za sobą, a uwagę swoich wiernych niegdyś fanów straciła na rzecz własnej kontynuacji – Chivalry II (2021), co wyraźnie widać na załączonym wyżej wykresie. Spadek liczby graczy w końcu doprowadził do tego:

Początek końca… A może nowa era dla tejże gry? Znamy przecież takie legendarne tytuły, które pomimo braku wsparcia ze strony twórców, doskonale sobie radzą pod opieką najbardziej oddanych fanów, twórców i modderów. Czy stara, ale wciąż dostępna w oficjalnej dystrybucji gra o rycerzach ma na to szanse? Czy w ogóle ma ona jeszcze jakikolwiek sens?
Gra z botami i prywatne, modowane serwery – co może pójść nie tak? Idziemy w to! Trzymajcie moje 17,99 PLN!

Ale po kolei…
Odsuwając dowcipkowanie na bok, należy tutaj przybliżyć pewne fakty, które istotne będą zwłaszcza dla osób, które nie słyszały wcześniej o tym tytule.
Chivalry to wieloosobowa bijatyka osadzona w fikcyjnej rzeczywistości, która bardzo mocno opiera się na tematyce średniowiecznych potyczek, łącząc elementy pierwszoosobowej rozgrywki, szybkich pojedynków na umiarkowanie dużych arenach i ogromnej dozy brutalności. Gracz wciela się w rycerza lub mogącego dzierżyć rozmaity historyczny oręż wojownika i staje naprzeciw innych uzbrojonych po zęby zabijaków – solo lub w drużynie. Dostępne są różne tryby, które w mniejszym lub większym stopniu opierają się o wykonywanie wyznaczonych celów, jednak zasadniczo rozgrywka jest bardzo prosta i dynamiczna, co szczególnie docenić mogli kiedyś fani takich serii gier jak Call of Duty, Quake lub Counter Strike.
Banalna, ale wyjątkowo trafiona i satysfakcjonująca w odbiorze koncepcja. Skłamałbym twierdząc, że nigdy wcześniej nie słyszałem o Chivalry, ponieważ pierwsza odsłona tej rosnącej jakby nie było serii, była całkiem jasnym punktem na mojej liście must have. Przez lata jednak cały czas brakowało zwyczajnie okazji, aby po ten tytuł sięgnąć, bo przecież nie jestem pełnoetatowym recenzentem i ekspertem w branży, aby za wszelką cenę unikać zaległości w głośniejszych premierach…
Okazja znalazła mnie przypadkiem.

Po szybkim treningu bojowym (na który nie ma sensu poświęcać zbyt wiele czasu) risercz dostępnych serwerów gry dobitnie uświadomił mnie, że dołączenie do sensownej dla nowicjusza rozgrywki w 2025 roku graniczy z cudem. Wybór prywatnych gier nie jest duży, a wejście do choć kilkuosobowego meczu wymaga szczęścia i odpowiedniej pory dnia, ponieważ znakomita większość pozostałych wciąż graczy pochodzi z Rosji i tego typu dziwnych terytoriów…
No trudno.
Niestety, jak już wspomniałem, próg wejścia dla świeżaka jest bardzo wysoki, ponieważ powierzchowna analiza poziomu doświadczenia wykazuje, że serwery Chivalry dominują gracze o wysokim poziomie, masakrując nowicjuszy, którzy zapewne jak ja, dali się ponieść euforii i kupili grę na promocji. Nie wnikam w to, czy „mistrzowie” o bardzo wysokich rangach grają uczciwie, czy ze „wspomagaczami”, bo ta kwestia jest trudna do oceny, ale widać wyraźny kontrast między garstką weteranów, a motłochem, który wyrzynają co mecz w ciągu kilku sekund, bez możliwości nawiązania jakiejkolwiek walki przez nędzników w obsranych zbrojach.
Większość czasu niestety spędziłem widząc to:

Czy mamy do czynienia z botami – terminatorami siejącymi spustoszenie na arenie, tylko dla sztucznego podtrzymania jakiegokolwiek ruchu na prywatnych serwerach? Być może. Czy daję się niszczyć przez AI jak najsłabszy noob? Wysoce prawdopodobne.
Jednakże na uwagę zasługuje fakt, że podczas meczy na czacie pojawiają się co jakiś czas wiadomości, które mocno wskazują na to, że mamy do czynienia z żywymi graczami. Nie zmienia to jednak faktu, że Chivalry to gra dla sadystów, lubiących oglądać hektolitry wylanej posoki i odcinane średnio do dwie sekundy kończyny przeciwników.

Tak jak napisałem w tytule – granie w to w 2025 roku jest patologią, ale naprawdę jestem w stanie zrozumieć rozrywkę płynącą z tego tytułu. Szanuję wszystkich tych graczy, którzy na trzynaście lat utknęli w tym nieskomplikowanym, ale brutalnym światku, siejąc cykliczny mord na niczego nieświadomych nowicjuszach, kuszonych przez lorda Gabena atrakcyjnymi okazjami zakupu gry.
Nie dajcie się oszukać! Tak naprawdę płacicie za możliwość otrzymania wpie*dolu od botów i ruskich cheaterów!
Ha! Powiedział co wiedział…
Co do serwerów prywatnych – z czym one mogą się kojarzyć? Mi ten termin w pamięci rozbudza żywe wciąż wspomnienia z Wolfensteina ET lub CoD1, w których roiło się od setek modowanych serwerów, w których gracz od pierwszych sekund obrywał w twarz kiczowatymi assetami. Voila!

Co nam przyniosłeś, Święty Mikołaju?
Dekapitację od topora i bełt w bebechy, ty sknerusie, któremu żal było zapłacić 10 lat temu uczciwe pieniądze za grę, aby wyciągnąć z niej pełne doświadczenie, a który woli wypisywać teraz bzdury!
Nie zrozumcie mnie źle – ta gra jest naprawdę dobra, a kiedyś musiała być nawet świetna, gdy grał w nią ktoś więcej niż garstka ruskich patusów. Jeżeli prześwietlimy steamowe recenzje, to zauważymy, że wiele osób spędziło w niej wiele godzin, aby wydać rzetelną ocenę:

Powyższy przykład dowodzi, że kiedyś była to zajebista gra, w której godzinami można było odreagowywać stres, brutalnie masakrując się nawzajem w wirtualnych średniowiecznych potyczkach. Szybkie i satysfakcjonujące mordobicie bez konsekwencji – brzmi jak sen…
Czy Chivalry 1 ma szanse się utrzymać jeszcze na rynku i przyciągać choć minimalną liczbę graczy? Nie. A czy będzie przyciągać chorych poje*ów? O tak!

Czy ktoś nadal nie rozumie co oznacza deklaracja dystrybutora, że oficjalne serwery gry są wyłączone i możemy grać sami z botami, albo jakikolwiek żywym duchem na prywatnych serwerach? Prywatnych!? Pics or didn’t happened.

Czy zatem warto w 2025 roku wydać prawdziwe pieniądze na grę, w której prawdopodobnie nowy gracz zostanie mięsem treningowym dla bezwzględnych i zapewne nieco stukniętych weteranów – miłośników rąbania na kawałki?
Nie warto.
Czy żałuję zakupu tej gry po 13-tu latach od premiery, gdy jest już praktycznie martwa?
Nie żałuję.
Jakie jest moje schorzenie i jak długo się leczę?
Tak.



Dodaj komentarz