>bądź mno. anon lvl 31
>włącz erłowizje po paru latach przerwy od tej „rozryfki”
>nie lubisz tego konkursu. wiesz, że punktowanie jest stronnicze
>polacywypierdalajatelewizoryprzezokna.jpg
>leci jakiś estończyk śpiewający po włosku o kawie
>o kurwełe ale to dobre

Choć występ Tommy’ego Casha był ledwie komediowym pierwiosnkiem tego wydarzenia, a ten o wiośnie całego eurowizyjnego przedsięwzięcia nie świadczy, to przyznać muszę, że następuje w tej materii pewien przełom.
Trudno mi jeszcze stwierdzić czy zauważalny on jest jedynie w przestrzeni mojego jestestwa, czy może mieć już szersze – bardziej społeczne korzenie, bowiem o jakiejkolwiek świeżości samego produktu, jakim jest Eurowizja mowy nie ma, a mimo to odbiór tegorocznego show jawił się przyjemnymi, ciepłymi kolorami.
Nie tylko sam wizualny aspekt mam tutaj na myśli, ponieważ nasza rodzima reprezentacja w wulkanicznej surowości przebijała się wprost w świadomość odbiorców, którzy wreszcie mogli się przekonać, że Polska to nie potulnie skłaniająca swoją bylejakość przed większymi panami nacja.
Gaja dostarczyła nam symfoniczny spektakl, bardzo dobrze ugruntowany na eurowizyjnego standardu tkance, dopracowany, świeży, mocny i piękny.

A co z mentalnymi odpałami postępowej Europy? Aż trudno w to uwierzyć, ale nie doświadczyliśmy w tegorocznej edycji jurorwizji większych prób estetycznego forsowania nowo europejskich ideologii, a co najwyżej finał konkursu zatopiony był w galaretce występów nijakich, których przebieg pamięć odbiorcy opuszczał szybciej niż wprowadzana przez Unię elektromobilność.
Pośród miałkiego wypełniacza dostrzec można było na szczęście bardzo rzadkie klejnoty, które poza naszą piękną i dumną Steczkowską były w stanie dostarczyć pozytywnych wrażeń.
Jednym z pierwszych szczególnych poruszeń konkursu był występ litewskiego zespołu Katharsis, który w nieszablonowy w eurowizyjnym aspekcie sposób zamiótł finałem – tylko w sercach i umysłach słuchaczy, bo niestety z dala od czołowych miejsc w tabeli punktowej.
Dowodzi to pewnej prawdy, że nieszablonowi i organiczni twórcy mają w jurorwizji trudność z przebiciem się w rywalizacji, co nie umniejsza ich szans na bardzo pozytywne zaistnienie na międzynarodowej scenie, nawet posługując się swoim lokalnym językiem.
Kolejnym jasnym punktem finału okazał się występ innego bałtyckiego kraju – Łotwy, która reprezentowana była przez kobiecy folkowy sekstet Tautumeitas (mało zapadająca w pamięć nazwa btw), którego muzyczne i performensowe eteryczne piękno naprawdę dodało całemu konkursowi smaku.

Moje osobiste zestawienie artystów godnych uwagi zamknął duet z Albanii, grający muzykę z pogranicza folku i elektroniki – Shkodra Elektronike, który uczciwie konkurował z naszą rodzimą reprezentacją pod względem klimatu i poziomu show. Brawo!
Ubolewam niestety po raz wtóry nad krajami wysoko rozwiniętego, bogatego i bardzo ludnego Zachodu, który niemal rok w rok nie jest w stanie wystawić na scenie jurorwizji dobrego jakościowo produktu, mogącego w sposób rzetelny podlec ocenie. Zamiast tego niestety otrzymaliśmy zestaw piosenek i utworów wyprodukowanych bez jakiegokolwiek zaangażowania lokalnych twórców, z fałszywym założeniem, że samo pochodzenie wystarczy do osiągnięcia sukcesu.
Otóż niekoniecznie.

O ile sama farsa punktowania przez zespoły jurorskie z różnych państw niezmiennie pozostaje festiwalem żenady i około politycznych ruchów, o tyle zupełnie odrealnione centralne sterowanie ocenami w eurowizji zdaje się już chyba kruszyć i tak już bardzo osłabione mury wizerunkowe konkursu.
Coraz więcej osób w internecie zauważa fałszywość formuły, która mocą bardzo ograniczonej i zależnej od centrali grupy osób zaburza ogólny system punktowy i mocno wpływa na to, które państwo za rok będzie organizować jurorwizję.
Z tym krajem mamy bardzo dobre stosunki, więc dajemy mu wysoką notę.
Tamten kraj jest bardzo silny i wpływowy, więc dobrze mieć z nim przyjacielskie relacje – pokaźna ilość punktów jest obowiązkowa.
Ten kraj z kolei jest „mocnym pretendentem” do zwycięstwa, który koronowany nieoficjalnie do tego tytułu został przed rozpoczęciem rywalizacji. Musimy dać mu uczciwy pakiet punktowy, bo „wszyscy tak robią”.
A z tamtym krajem już od wielu lat wymieniamy się na eurowizji punktami. Dwunastka!
Polska. Na ch*j komu Polska? Zero.
Znany dobrze wszystkim Polakom scenariusz punktowego rozdawnictwa, jest już niemal naszą narodową coroczną celebracją upokorzenia na arenie europejskiej i międzykontynentalnej (przecież jest Izrael, Gruzja, kur*a Australia! – co do hooya te kraje mają wspólnego z Europą?), kiedy to absolutnie nikt nie okazuje naszej reprezentacji ani artystycznej aprobaty, ani odrobiny międzynarodowej sympatii.
I tak ciągnie się za nami ta eurowizyjna klątwa klasowego prymusa, który może i gospodarczo czyni największe postępy w regionie, umacnia swoją pozycję dyplomatyczną i już niczym dobry wujek wyciągnie pomocną rękę do innych, gdy trzeba, ale nigdy nie zostanie za to doceniony.

Polak, który w swej postkomunistycznej i dzikiej wciąż mentalności od dekad parał się podstawowymi zawodami, bardzo często u zachodnich bogatszych gospodarzy, pracował ciężko na byt, rozwijał się i stopniowo uniezależniał, teraz jakoby wadzi i jest Zachodowi niewygodny.
Nie na europejskich salonach nasze miejsce.
I doprawdy cieszę się, że nasi najbliżsi sąsiedzi, jak choćby Czesi czy Ukraińcy w swych czcigodnych składach jurorskich zaserwowali nam tzw. psi ch*j, aby nikt nie zarzucił nam, Polakom, że otrzymujemy jakiekolwiek punkty w tej chorej rywalizacji dzięki temu wypaczonemu politycznemu filtrowi.
Tłumaczę sobie sam, że naszym sąsiadom występ Justyny Steczkowskiej po prostu nie przypadł do gustu. Tak na pewno było… Wszakże gust mają niebanalny.

A czcigodny Zachód Europy, tak postępowy i silny, który w swych codziennych sprawach z trudem znajduje czas i zasoby, żeby wystawić choć odrobinę konkurencyjną reprezentację, potraktował nas jak zawsze zdawkowo i z poziomu starszego i bardziej utytułowanego „brata”, serwując zazdrosne punktowe ochłapy.
Ludzie, obudźcie się! Nie twierdzę, że Gaja jest hitem, który będzie miesiącami grał w mojej głowie, ale w skali eurowizyjnego show, które od dekad rządzi się swoimi własnymi standardami, wystawiliśmy prawdziwy majstersztyk, który powinien stanąć na pudle. Nie zapraszam do dyskusji.
Potwierdzeniem politycznego przesłania jurorwizji niech będzie odległa Australia, która w konkursie zajmuje wyłącznie honorowe miejsce z uwagi na lokalną popularność telewizyjnego programu (ciekawe hobby mają Australijczycy tak btw), a która to dała nam aż pięć punktów, ponieważ daleka jest od jakichkolwiek wewnątrz europejskich konotacji i dyplomatycznego podlizywania.
Chwała w tym miejscu widzom, którzy nie licząc Polonii oddali swoje głosy na Gaję, doceniając artystyczny walor tego wyjątkowego performensu i podnosząc go w punktowej tabeli z niezasłużonego dna. Docenić trzeba wszystkich tych, którzy pomimo tej politycznej farsy są w stanie spojrzeć na całość w sposób niezależny, dokonać oceny i wyciągać wnioski.
A naszym wnioskiem niech będzie fakt, że dumny i czasem nieco zbyt butny Polak zawsze będzie w dyplomatycznym ogonie Europy, która z pogardą spogląda na swoje wschodnie rubieże, demonstrując wątłe muskuły postępowości i bazując na pustym założycielskim micie. Klapki z oczu!
Dobrze było znowu zobaczyć Eurowizję.


Dodaj komentarz