Skyrim! Ojczyzno moja! tyś życia lodowiec,
Ile cię trzeba zwiedzić, ten tylko się dowie,
Kto Alduina zgładził! Dziś mroźność twa w zbroję zaskrobie
Czuję i kontempluję, z Hrothgaru me cyberfobie.

Ach ten Skyrim! Niech nie zwiedzie nikogo moja marna próba własnej interpretacji mickiewiczowej inwokacji, bowiem piątą odsłonę serii gier spod znaku The Elder Scrolls darzę uczuciem silnym i organicznym, wyzbytym z jakichkolwiek technicznych uprzedzeń i merytorycznego poglądu na sprawę. Uczciwie oznajmiam, że niniejszy wpis w żadnym wypadku nie może być odbierany jako obiektywna recenzja produktu. Jest to raczej moja skromna pieśń o spokoju ducha, poczuciu wewnętrznej spójności i odkrywaniu własnej tożsamości w świecie.

To zdecydowanie coś więcej, niż tylko przemyślenia chłopa, który zapuścił brodę i wydaje mu się, że dzięki Skyrimowi stał się Nordem. Artykuł ten jest dojrzałym manifestem do gier-sceptyków, uświadamiającym o potędze niewerbalnego przekazu, który wplatają w gry artyści i twórcy.

Przekazu przez wielkie „P”, po którym odbiorca może jedynie skromnie wyartykułować o dziele:

I’ve found peace.

Niech mój dwemerski umysł inżyniera choć odrobinę będzie w stanie obrócić to eteryczne doznanie w godną formę, pełną chaosu, ale także i piękna.

Dawna era poszukiwania Zwojów

Nie jestem ekspertem serii gier TES. Swoją przygodę z nią rozpocząłem od trzeciej odsłony – Morrowind, która z uwagi na mój młody wówczas wiek okazała się grą na tyle trudną i rozbudowaną (nie znałem na tyle dobrze języka angielskiego), że rozgrywkowo się od niego odbiłem, choć… Odczuwam nadal pewną więź z tą estetyką, która wykiełkowała w moim umyśle lata temu w wielkie już teraz drzewo.

Estetyką, która obudziła się wraz z premierą Skyrima.

A jest to klimat, stwierdzę uczciwie, bardzo ponury, surowy, straszny i pociągający jednocześnie, który w głowie dziesięciolatka spoglądającego nieśmiało na monitor starszego kuzyna, który chwalił się „nową gierką”, jawił się niczym wspaniała baśń, ale taka, której nie wyprano ze wszystkich jej cieni i mroków.

Oprawa wizualna Morrowinda miała w moim przypadku kluczowe znaczenie w odbiorze całej serii, włącznie z kolejnymi odsłonami, w przypadku których zawsze dochodziło do wtórnego doznania, zapamiętanego z TES III.

Wrażenie wizualnego obcowania ze Starymi Zwojami określiłbym mianem doświadczenia organicznego, perfekcyjnie wtapiającego odbiorcę w spójną tkankę dzieła artystów, a i nie mniej przez to mistycznego i rozbudzającego wyobraźnię na widok napotykanych cudów.

Eksplozja natchnień dla młodego gracza, mola książkowego kochającego fantastykę, aspirującego artystę, który na lekcjach plastyki „potrafił coś więcej”. Stare dobre czasy grania, dokarmiania wyobraźni o fantastycznych istotach i szkicowania, o tak!

Życie oczywiście to nie bajka i dziecięca beztroska nie trwa wiecznie, jednak to artystyczne doświadczanie Tamriel i innych fantastycznych światów miało później dla mnie niebagatelne znaczenie w odnajdywaniu czegoś swojego w wymagającym świecie realnym. Nie bez powodu stawiam Morrowinda na swoim osobistym podium doznań fantastycznej sztuki odbioru gier, a może i rozrywki w ogóle, ponieważ było to dla mnie jednym z pierwszych doświadczeń tak kompletnych i pięknych zarazem, że ilekroć widzę lub słyszę bethesdowe twory, to od razu czuję się młodziej i bardziej beztrosko.

To „słyszę” jest kluczem w tej całej opowieści…

Legendarne pieśni rytmem życia

Prawdziwą miłość do Pradawnych Zwojów odnajduję bowiem w oprawie dźwiękowej, która rozpoczyna swoje działanie delikatnym łaskotaniem obszarów mózgu, które odpowiadają za muzyczną immersję w świat dojrzałej i pociągającej fantastyki – w krainę będącą remedium na wszystkie niemal problemy materialnego świata.

Ambient w końcu zawsze ustępuje zdecydowanym i monumentalnym uderzeniom akustycznym, aby utwierdzić odbiorcę o wartości i celu jego misji. Potężny zastrzyk motywacji wypełniający pustkę w zmizerniałych tkankach, tak bardzo łaknących poczuć siłę i męstwo.

Wiele mógłbym na temat osobistego odbioru muzyki ze Skyrima napisać, ale zwyczajnie nie ma to sensu, ponieważ zniweczyłoby to jedynie doskonałą i subtelną osnowę harmonii, w którą ta świetnie skomponowana ścieżka dźwiękowa mnie wprawia, a jedynym świadkiem niech pozostanie moja żona, która nie jest już pewnie w stanie zliczyć ile razy nakryła mnie na oddawaniu się kąpielowej kontemplacji o kosmosie przy dźwiękach utworów Jeremy’ego Soule’a.

W końcu każdy prawdziwy Nord musi wymoczyć tyłek w gorących źródłach i pomyśleć o sprawach ważnych!

Jedna tkanka

To co najczulej wpływa na immersję i odbiór świata przedstawionego w Skyrim, jako produktu stanowiącego najwyższą formę The Elder Scrolls, to jego autentyczność, spójność i organiczność.

Nie ma tutaj miejsca na oderwane od przyjętej estetyki elementy, które mogłyby gwałtownie zburzyć budowaną misternie przez artystów i rzemieślników oprawę. Wszystko przepięknie harmonizuje ze sobą, splata się i spaja odbiorcę ze sobą tak ściśle, że nie musi on już niczym zmęczony tułacz poszukiwać więcej rozrywek dla siebie, bo znalazł już tą ostateczną.

Miejsce jedyne w swoim rodzaju, przyczółek normalności na tym przewalcowanym problemami świecie, do którego może łatwo wskoczyć, aby odzyskać psychiczne zdrowie i wewnętrzny spokój w tej zmrożonej i pięknej krainie.

A jest to świat srogi! Nie myśl drogi Czytelniku, że Skyrimowa idylla prowadzi do beztroski i łapania motyli w powiewie wiosennego wiaterku. To kraina bohaterów – twardych ludzi i magicznych istot, których każdy krok może odwrócić losy kontynentu. Jakże to odmienne od rzeczywistości, w której czasem błahe tematy wiążą nam ręce.

Od norskich osad, przez dwemerskie ruiny, falmerskie podziemia, bandyckie obozy, aż po skaliste szpice ośnieżonych górskich szczytów. Cały świat Skyrim choć tak różnorodny, jest w istocie jedną spójną materią – żywą tkanką postaci, historii i natury, które niosą ze sobą niebezpieczeństwa, grozę, ale także i misję oraz chwałę.

Skąd pochodzę i dokąd zmierzam?

To nie nasza przeszłość rysuje nas jako graczy, albo patrząc na sprawę szerzej – ludzi, a realne czyny i wydarzenia obecne – decyzje, które nadają kierunek egzystencji. Nie ma już chłopca, który w beztrosce spoglądał na grę, nęcącą go swoją tajemnicą, a jest już mężczyzna – mąż, ojciec i dwemerski inżynier, który ucieka niekiedy w norskie bezdroża w poszukiwaniu przygód.

Dzięki Skyrimowi wyzbyłem się już pogoni za technologicznymi nowinkami i udoskonalaniem domowych zasobów sprzętowych, dzięki którym mógłbym ogrywać świeże branżowe produkty, bo to czego szukałem, zostało już dawno odnalezione – w gamingowej już niemal prehistorii.

Piszę ten artykuł z uczuciem ogromnej dumy na swoim wiekowym laptopie, na którego dysku ZAWSZE honorowe miejsce miała moja ulubiona gra – ostoja wewnętrznej normalności, spory fragment mojej cyfrowej tożsamości.

Do wszystkich wędrowców – odwagi! Nie bójcie się uciekać do swoich umiłowanych krain, nawet jeżeli te istnieję tylko w formie kodu przechowywanego na dyskach komputerów. To Wasze skarbce! Nie wstydźcie się więc ich bronić w obliczu nawały argumentów o szkodliwości cyfrowych rozrywek i uciekaniu w nierealne, fantastyczne światy.

Jestem graczem. Ty jesteś graczem!

Kamil „Cybeka” Czerwiński

Dodaj komentarz