Czy producenci filmów o wikingach w końcu wzbiją się na twórcze wyżyny i zaczną nazywać swoje produkcje choć nieco bardziej oryginalnie? Dochodzimy bowiem do czasu absolutnego poplątania tytułów, dla których brak podania roku premiery, może budzić już wątpliwości, czy aby na pewno chodzi o ten film z Alexandrem Skarsgardem…
Tak.

Tym bardziej dziwi mnie to zjawisko, ponieważ świat nordycki bogaty jest niezwykle we wszelkiego rodzaju poezję i mity, które wręcz pieśnią wołają o zmiękczenie tytułu, nadanie mu tożsamości i piękna, a tymczasem polscy widzowie otrzymali kolejnego „Wikinga”…
Czy naprawdę jesteśmy aż tak głupi, że adaptacje muszą być bezczelne do tego stopnia, aby pospolity amator pierogów nie miał absolutnie żadnych wątpliwości, z jaką tematyką filmu ma do czynienia?
Nie żeby oryginalny tytuł miał choć odrobinę więcej polotu, na to nie można niestety również liczyć.
A szkoda! Niezwykle boleśnie kraje się serce cyberchałturnika, ponieważ do czynienia mamy z produkcją co najmniej bardzo dobrą, o ile nie najlepszą, jeżeli spojrzeć przekrojowo na tematykę, której dotyka.
Aż dziw bierze, że film ten z budżetem oscylującym w okolicach 70 milionów dolarów z ledwością był w stanie zarobić na pokrycie rachunków! Jest to zdaje się tylko moja opinia, ponieważ w agregatorach ocen krytyków i widzów, „Wiking” został zmierzony raczej jako produkt średniej jakości, z czym absolutnie się nie zgadzam.

Niech więc ta recenzja będzie kontrapunktem do rynkowych trendów, które brutalnie obyły się z tym filmem, a zawarta w niej opinia wyznacza moje osobiste wskaźniki dobrego norskiego kina.
Kompletny i dobrze skondensowany film o wikingach
Tak w skrócie okresliłbym The Northman z 2022 roku, w którym to tytułowego bohatera odegrał wspomniany wcześniej Alexander Skarsgard – potomek tej znakomitej aktorskiej rodziny, która wydała światu wiele gwiazd.
Jak na każdą dobrą norską historię przystało, jej oś oparta została o motyw zemsty, który moim osobistym zdaniem jest punktem obowiązkowym w ukazaniu relacji panujących w tym średniowiecznym, niegościnnym zakątku na Północy.
Choć sama osobowość głównego bohatera nie emanuje charyzmą i trudno wczuć się w jego tkankę emocjonalną, to plejada postaci z drugiego i nawet trzeciego planu nadrabia, tworząc całkiem pociągającą mozaikę spraw i problemów, z którymi mierzyć się musi Berserk na gigancie.

Celowo określiłem film ten mianem nordyckiego ekstraktu dla zabieganych ludzi, ponieważ doskonale wiem, ile nie raz trudu musimy sobie zadać, aby na dobre wejść w określony świat przedstawiony na ekranie. Postępująca kultura serialu okradła nas znacznie z dobra, jakim jest czas.
Nie każdy ma odpowiednie zasoby, aby wejść na dobre w świat serialu „Wikingowie”, czy „Upadek królestwa”, które przecież wymagają od widza sporego zaangażowania na wiele wieczorów, lecz solidnie skondensowane mogą niepotrzebnie zablokować mózg na jedno uniwersum, odbierając konsumentowi świeżość i lekkość. Można w przypadku powyższych tytułów popaść w swego rodzaju ciąg, który niekoniecznie musi być dobry w kontekście finalnego rozrachunku i oceny produkcji. Mówiąc w skrócie, seriale o wikingach bywają trudne w przypadku ludzi z ograniczoną ilością czasu wolnego, tych zabieganych i zapracowanych nomadów, którzy wolą nacieszyć się chwilą, niż rozciągać seanse w nieskończoność.

W tym właśnie wymiarze film „Wiking” wychodzi naprzeciw oczekiwaniom tych wszystkich zajętych i obciążonych zadaniami poszukiwaczy dzikości Północy, którzy chcieliby nie tylko skubnąć tego świata, a raczej poznać go w pełnym przekroju.
Taki właśnie torcik, składający się z wielu warstw dawnego skandynawskiego życia otrzymujemy.
Zostawcie Fjolnira w spokoju
O grze aktorskiej Skarsgarda oraz Taylor-Joy trudno wspomnieć cokolwiek wyraźnego, ponieważ takie właśnie postaci udało im się zbudować. Nie mnie oceniać ich warsztat, ale zabrakło w ich relacji jakiejkolwiek ekspresji, która wskazywałaby silną motywację w realizacji planu, celu, przeznaczenia…

To ostatnie słowo zdecydowanie tutaj pasuje, ponieważ cały film bardzo mocno nabiera charakteru teatralnego spektaklu, głównie za sprawą używanego mocno poetyckiego, odrobinę pompatycznego języka. To głównie słowa wskazują na wzniosłość obserwowanych scen, a nie sama ich gra.
Na pochwałę natomiast zasługuje obsadzenie w tym filmie Nicole Kidman oraz Willema Defoe, których niezwykle charakterystyczna, pokręcona i niesympatyczna aparycja buduje skutecznie postać pier*olniętej s*ki i szalonego szamana. Trudno w ich przypadku powiedzieć jednoznacznie, czy były to postaci tragiczne, złe, a może po prostu owładnięte obłędem, jednak jedno jest pewne – „złola” też trzeba umieć zagrać.

A niewątpliwie antagonistą w omawianym filmie miałby być Fjolnir – bratobójca, królobójca, spiskowiec, okrutnik i niedoszły dzieciobójca. Naprawdę trudno tutaj o jeszcze gorszy zestaw cech, ale jednak jest to możliwe. Postać ta bowiem dokonała tych wszystkich haniebnych czynów za podszeptem właśnie wspomnianej wyżej szalonej kobiety, która okazała na tyle zepsuta, że zażądała również głowy swojego rodzonego syna. Jej postać jest oczywiście głęboko tragiczna, co spowodowało obłęd i nieposkromioną żądzę mordu, jednak nie zmienia to faktu, że w ogólnym rozrachunku nasz główny antybohater okazał się być przegrywem…
Choć poświęcił wiele, to wszystko stracił, nie wyłączając honoru, a ponadto na karku ma żądnego zemsty napakowanego księcia Omleta (tak naprawdę miał na imię Amleth), to w jego postaci dało się wyczuć coś wielce stoickiego.

Widzi doskonale, że jego starszy syn wyrósł na pi*dę, jednak nie wyrzeka się go, a nawet broni pośmiertnie resztek jego godności. Zdaje się zauważać i rozumieć obłęd swojej żony, a w młodszym synu, będącym owocem tego pokręconego związku, dostrzega brak pokory i szaleństwo matki, a mimo to… Próbuje nauczyć go czegoś wartościowego.
Naprawdę rozczuliła mnie ta krótka scena, w której Fjolnir, będący kimś o randze wodza, dzielił bale na deski, starając się nauczyć niepokornego szczeniaka, że dobrze jest, aby nawet szlachetnie urodzony nie bał się pracować jak niewolnik, bo nie wie kim będzie jutro. Bardzo mądra lekcja.
Kiedy zaś Omlet pozbawia go całej rodziny, ten nie wpada w furię. Chowa spokojnie miecz do pochwy, zabiera ciała bliskich i wyzywa berserka na pojedynek. Na wulkanie, kurwa! Zabicie swojego wierzchowca u stóp góry, aby dopełnić ceremonialnego pochówku żony i syna, czyni z tego aktu świadomą podróż bez powrotu – Fjolnir wie, że zginie. Mimo to walczy zaciekle i honorowo, ginąc z ręki Amletha, ale także samemu zadając mu śmiertelny cios. Epickość zakończenia stawia ten czarny charakter na moim osobistym podium skandynawskich badassów.

Lot Walkirii
Skoro ujawnienie trzonu fabuły i samego zakończenia mamy już za sobą, to chciałbym skupić się na nieco mniej istotnych historycznie, ale niezwykle ważnym pod względem estetyki aspekcie, a mianowicie mistycyzmie omawianej produkcji.
Całość narracji jest prowadzona, jak już wspominałem, bardzo poetycko i górnolotnie, co czyni ten film wizualną pieśnią o przygodach bohaterów i bogów.
Odwołań do nordyckiej mitologii naprawdę nie brakuje, co czyni zeń produkcję przesiąkniętą folklorem i pięknymi artystycznymi wyobrażeniami postaci, wydarzeń i elementów legendarnej fikcji.

Sama wizualizacja drzewa genealogicznego księcia Omleta to istny graficzny majstersztyk, który buduje wagę więzi i historycznej łączności przodków, bohaterów obecnych oraz tych nawet, którzy jeszcze na świat nie przyszli. Przedłużenie gałęzi genealogicznego drzewa było na przestrzeni epok główną motywacją do wszelkich wzniosłych i mniej istotnych działań każdego mężczyzny. Wiem, że brzmi to bardzo patriarchalnie, ale tak od wieków funkcjonował świat, że to mężczyzna miał za zadanie bronić swych najbliższych, dając im pożywienie i schronienie, stąd tak istotna jest świadomość swojego miejsca na osi czasu. Piękny obraz drzewa, symbolizującego skutki naszych działań, ale także i odpowiedzialność za nie. Niezwykle ważny element średniowiecznego świata, którego owoce odnajdujemy wiele wieków później.
Jak widać nawet wśród wikingów dostrzec można było jakiś etos, dlatego z czystym sumieniem polecam ten film wszystkim osobom, które jak dotąd widziały w tych wojownikach z północy jedynie brudnych dzikusów. Cenna lekcja historii i kultury.

Nie brakuje również wizualizacji i odwołań do licznych nordyckich bóstw oraz wywodzących się z północnej mitologii istot. Odyn, Norny, Walkirie, Draugry – świat wikingów przynosi wiele ciekawych nazw i nawiązań do świata dzikości i mroku, który tylko czyha na słabych i marnych ludzi. Ukazanie ideału walczącego bohatera, umierającego z mieczem w dłoni, to w zasadzie istota ukazująca motywację tych dzikich niekiedy wojowników, którzy zanurzając się w świecie mistycyzmu i mrocznych wyobrażeń, żeglowali niestrudzenie poza krańce znanego ówcześnie Europejczykom świata. Trudno tutaj o treściwą i soczystą pointę, bowiem jest to obraz niezwykle wielobarwny i skomplikowany, a mimo to twórcom filmu udało się to całkiem zgrabnie ubrać w sensownych ramach czasowych.
Brawo!

Ukazanie na ekranie tej całej mnogości elementów bardzo płodnego nordyckiego świata to jedno, ale istotny jest także sposób, w jaki się to odbywa, a ów jest w pewnych momentach istnym majstersztykiem, jak choćby poetycko wręcz zaprezentowany lot Walkirii.

Klimat dzikiego i zwierzęcego niekiedy świata dosłownie kipi z niemal każdej sceny, dlatego więc film ten nazywam pigułką na niedobory norskości, które czasem typowego cyberchałturnika mogą nękać. Jest to kino wizualnie bardzo dobre, kąpiące oko widza w eliksirze z krwi, potu, testosteronu, eteryczności i piękna.

Reasumując, jest to bardzo jakościowy film, który nie powinien umknąć żadnemu fanowi fabularnych historii o wikińskich wojownikach, ale także i tym, którzy niezbyt są w tej tematyce obyci, ponieważ dostarcza on solidną opowieść, uszytą na kanwie bogatej w detale treści i okraszoną starannie skomponowanym obrazem. Polecam go zwłaszcza tym, którzy nie grzeszą nadmiarem czasu wolnego i wzdragają się na myśl o kolejnych net***owych serialach, lepionych według jednego wzorca, a które to prócz szczucia agresją nie wzbudzają żadnych uczuć i zapewniają znikome doznania estetyczne. Tych w Wikingu akurat nie brakuje, zatem ze spokojem serca zachęcam do seansu.



Dodaj komentarz