Druga wojna światowa, rok 1944, walki w Ardenach… Zapewne wielu miłośników kina historycznego ma żywe wspomnienia z Kompanią Braci Spielberga i losami kompanii E, dowodzonej przez kapitana Wintersa pod Bastogne. Gracze z kolei dobrze znać mogą krwawe i trudne starcia z pierwszej odsłony serii Call of Duty, bądź też z tytułową Company of Heroes, a które to z pietyzmem starały się oddać realia toczonych przez amerykańskich żołnierzy walk z nazistowskimi Niemcami.
Film o tak rozpoznawalnym tytule i podejmujący trudną tematykę wojenną musi nieść na sobie ogromne brzemię autentyczności, której oczekują odbiorcy znający zarówno historię, jak i poprzez tak znamienite tytuły, które nauczyły nas wszystkich o tym jak we właściwy sposób pokazać ekranowe boje.
Bardzo łatwo jest położyć tak skomplikowany i szalenie istotny temat, czy to przez brak odpowiednich funduszy, czy przez nieprzywiązywanie uwagi do ważnych detali. Trudno jednak jest dosłownie wybebeszyć film historyczny z prawdy i dosłownie wysrać się na widzów.
Ta sztuka udała się twórcom Oddziału Bohaterów.

Ta godzina i czterdzieści minut męki zasługuje na specjalny krąg w piekle, w którym reżyser po wsze czasy oglądać będzie Janosika Historię prawdziwą, bez możliwości pauzy*.
*w mojej subiektywnej ocenie jest to kara kinematograficznie dotkliwa w stopniu dostatecznym, aby już nigdy nie próbować marvelizacji kina wojennego.
O co w tym chodzi?
Brak rzeczywistego oparcia na historycznej kanwie to najmniejszy z grzechów omawianej produkcji, która wprowadza silny element historycznej fikcji, udając znamiona filmu wojennego.
Równie dobrze jednak można dywagować o nazistach budujących swoją drugą potęgę na ciemnej stronie księżyca, ponieważ osadzenie fabuły w określonych realiach historycznych jest obelgą dla żołnierzy, którzy naprawdę walczyli w Ardenach.
Pomijając jednak moralizatorskie przesłanie, a skupiając się wyłącznie na przekazywanej przez tą abominację kina treści, trudno nie odnieść się do kina bohaterskiego z Kapitanem Ameryką w roli głównej, oczywiście w najgorszym tego zwrotu znaczeniu.
Fabularnie do czynienia mamy z oddziałem amerykańskiej piechoty, który otrzymał rozkaz dostarczenia do okopanych na linii frontu żołnierzy świątecznej szynki…
Dokładnie tak. Paradoks polega jednak na tym, że ów rozkaz wychodzi z ust aktora grającego w oryginalnej Kompanii Braci niejakiego porucznika Comptona (Neal McDonough), postać niezwykle charyzmatyczną, ale przy tym i tragiczną, bowiem przeżył on trwałe załamanie psychiczne wywołane śmiercią i kalectwem towarzyszy broni. Teraz ta sama twarz wysyła swoich żołnierzy w szalenie nonszalancki sposób na morderczą misję dostarczenia wigilijnej wieczerzy.

Dopuszczając nawet sporą dozę amerykańskiego sentymentalizmu, naprawdę trudno nie oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra, bowiem cały pluton żołnierzy dzieli między siebie racje i ryzykuje życiem, aby choć część z nich donieść w prawdopodobnie najbardziej krwawe i tragiczne miejsce jakie widział w tamtym czasie człowiek.
Tyle w kwestii zgodności historycznej.
Dalej jest już tylko czysta fikcja opierająca się o tajny plan rzeszy na podbój USA oraz marną wizualizację udaremnienia go przez oddział absolutnie idiotycznych i patetycznych indywiduów, z których każdy przejawia równorzędne skłonności do irracjonalnych czynów bitewnych, jak i do sypania jałowym humorem. Kino bohaterskie w pełnej krasie.
Detale.
Nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na kwestię techniki wojskowej, która została użyta do odwzorowania realiów wojny na zachodzie Europy w 1944 roku. O ile sterylnie czyste kostiumy imitujące wojskowe umundurowanie aż tak bardzo mnie w oko nie kole (w końcu nie można ich przesadnie upier*dolić, aby wypożyczalnia przyjęła je z powrotem), o tyle sowieckie T-34 udające niemieckie Tygrysy i SU-85 podszywające się pod JagdPanthery to już obelga dla każdego miłośnika militariów.

Absolutnie nic nie jest w stanie usprawiedliwić podobnych zabiegów, które udowadniają wyłącznie, że Oddział Bohaterów to film dla ludzi, którzy nie interesują się historią, ale także dla osób szczerze gardzących militariami. Jest to produkcja, która ma za zadanie utwierdzić absolutnie wszystkich odbiorców w mniemaniu, że historia drugiej wojny światowej zasługuje na zapomnienie…
Rekwizyty to jedynie wierzchołek góry lodowej, bowiem to co wyczynia się na płaszczyźnie fabularnej, zasługuje na kompletnie oddzielny gatunek science-fiction, o którym należy jak najprędzej zapomnieć, aby móc znowu spokojnie zasnąć, nie tracąc szacunku do rozumu i godności człowieka.
Przymykając nawet oko na wigilijną inicjatywę US Army, trudno jednak przejść obojętnie obok faktu, że oddział zwykłych żołnierzy korpusu szeregowców w obliczu dynamicznego zwrotu akcji podejmuje na własną rękę misję głębokiej infiltracji terytorium nieprzyjaciela i chęć udaremnienia odklejonego programu nuklearnego Niemców.
Co u licha zwykli amerykańscy piechociarze mogli wiedzieć pod koniec 1944 roku o bombie atomowej?!
Filmowi bohaterowie natomiast zachowują się tak, jakby posiadanie wspomnianego uzbrojenia w arsenale światowych potęg militarnych było kwestią oczywistą i koniecznym jest przerwanie prac rozwojowych wszelkimi dostępnymi środkami.
Nadal mówimy o zaledwie niedobitkach jakiegoś podrzędnego plutonu amerykańskiej piechoty, a nie o przeszkolonych jednostkach specjalnych, wspieranych szeroko zakrojonym wywiadem i techniką.
Absurd goni absurd.
Polski czerwonoarmista, który jakimś cudem okazuje się być sowieckim specjalsem, podstępnie wydobywającym dane o najpotężniejszej broni znanej ludzkości (ahhhhhh)… Zwyczajnie mnie to obraża.

Gorzej być nie może
Może być. Na domiar złego film szczuje odbiorcę cycem, jakby miał być to zabieg podkreślający „dojrzałość” produkcji. W istocie jest to materiał dla koperkowych nastolatków, którzy sądzą, że interesują się historią, ale mimo to lubią popatrzeć na prymitywne kino akcji, podkręcone atrakcyjną dzierlatką i „wielką” misją ratowania świata w tle.

Przypomina mi to trochę moje osobiste doświadczenia pisarskie, kiedy to lubowałem się w pisaniu (odręcznym) opowiadań o brytyjskim komandosie, wyzwalającym obozy jenieckie gdzieś w centralnych Niemczech. Wszystko to mocno było oczywiście inspirowane wspominanym już Kapitanem Ameryką, ale… Miałem wówczas najwyżej 13 lat, a scenariusz omawianego filmu chyba napisała jakaś dorosła osoba. Wyprowadźcie mnie proszę z błędu.
Oddział Bohaterów jest filmem tak złym, że w mojej osobistej skali otrzymuje ocenę 0/10. Literalnie ZERO NA DZIESIĘĆ!
Szczerze, polecam omijać go szerokim łukiem wszystkim ty osobom, które cenią sobie historyczną prawdę i autentyczność. Pal licho, gdyby twórcy celowali w coś pokroju Niezniszczalnych, w których absurd jest formą wyrazu i oczkiem puszczonym w kierunku ludzi wychowanych na kinie akcji lat 80. Bohaterowie Company of Heroes nie są ani niezniszczalni, ani autentyczni, i trudno wychwycić moment, w którym próbują imitować historyczną narrację, a w którym po prostu odwalają manianę.
Bethoven przeplatany z Johnem Rambo. Wystarczający powód, aby jak najprędzej zapomnieć o tym filmowym wypadku, ostrzegając jednak wcześniej przed nim wszystkich tych, którzy podobnie jak ja, z nudów wybrali chwytliwy tytuł.
Nie polecam.


Dodaj komentarz