Pora na powrót do oryginalnej tematyki tego bloga, a mianowicie do militariów. Już od dawna nosiłem się z zamiarem napisania artykułu o moich wiatrówkach, jednak zawsze brakowało dość czasu i sposobności, aby na spokojnie przetestować i zakonserwować sprzęt, tak żeby móc spokojnie oddać się strzelaniu.

Postanowiłem niedawno zmobilizować się w wyposażenie swojej domowej piwnicy w prawdziwy kulochwyt, ponieważ drewniane konstrukcje własnej roboty wydawały mi się zawsze zbyt mało profesjonalne, aby prezentować je szerszemu gronu odbiorców.

Oto przedmiot dzisiejszej recenzji, zaprawiony testem polowym.

Moje obawy okazały jednak nieuzasadnione, ponieważ dość szeroki wybór marek i modeli dostępnych na polskim rynku nie zawsze oznacza jakość. Wielu klientów rozmaitych sklepów internetowych skarży się w komentarzach na słabą jakość konstrukcji – bez względu na to czy mowa jest o firmowych produktach od Walthera, Sig Sauera, czy też o bardziej budżetowych śrutochwytach z Chin.

Postanowiłem sam sprawdzić jak taki „gotowiec” wyłapuje stalowe kulki i ołowiany śrut, zatem zdecydowałem się na produkt ze średniej półki cenowej, aby z jednej strony nie zarzucać sobie skąpstwa, a z drugiej jednak nie żałować pieniędzy przeznaczonych na bardziej rozbudowany spinner z drogim logo, który podążając za opiniami, mógłby rozpaść się po kilkudziesięciu trafieniach.

Chiński kulochwyt sygnowany chwytliwą nazwą Blackfire wydawał się optymalnym wyborem, wszakże wszystko niemal pochodzi z Państwa Środka, a nie ma przecież sensu przepłacać za markę. Osiemdziesiąt złotych polskich wydanych na kilka blaszek trudno jednak nazwać wydatkiem niskim, ponieważ w wielu polskich sklepach „lata” on w bardziej przystępnych cenach, a bezpośrednio u chińskich dystrybutorów można zapewne nabyć taki kulochwyt za ułamek tej ceny, jednak impuls i sentyment do sklepu na literę „M” zrobił swoje i przepłaciłem.

Całkiem estetycznie wykonane logo niestety niknie przez bardzo słaby kontrast z powłoką ochronną.

Już ostatnie zdanie wskazuje jasno, że nie był to w mojej opinii zakup udany, jednak nie chcąc opierać się jedynie na powierzchownych uprzedzeniach, chciałbym przedstawić w niniejszym artykule suche fakty o wyłapywaniu rekreacyjnie wyplutego śrutu przez tenże łapak.

Celowo tutaj podkreśliłem rekreacyjne przeznaczenie tego produktu, ponieważ w moich zamierzeniach nie było mowy o strzelaniu doń z czegoś mocniejszego niż 7 jouli, a i tak skutki dla cienkiej blachy okazały się opłakane…

Arsenał cyberchałturnika

Do testu kulochwytu posłużyło mi wyposażenie osobistej zbrojowni, w której znajdują się zarówno repliki wiatrówkowe o niskiej energii wylotowej pocisku, nieprzekraczającej 7 jouli, ale i również mocniejszy sprzęt w postaci wiatrówek o energii kinetycznej zbliżającej się niebezpiecznie do 17 jouli, jednak nadal w pełni legalnych bez pozwolenia na broń. Przekrój od gazowych zabawek aż po behemoty plujące śrutem bez miłosierdzia, to zdecydowanie nie jest coś, na co mógł przygotować omawiany produkt chiński konstruktor.

Chluba mojej kolekcji replik.

Na pierwszy ogień postanowiłem odkurzyć jedną ze swoich ulubionych replik, a mianowicie Remingtona 1911RAC, który stanowi przepiękną i niezwykle wierną replikę kultowego amerykańskiego pistoletu samopowtarzalnego od Colta. Zasilany standardową kapsułą CO2 12g i strzelający stalowymi kulkami BB w kalibrze 4,5 milimetra to prawdziwy reprezentant swojej klasy, który dzięki solidnej masie oraz wbudowanemu systemowi odrzutu zamka blow-back daje niesamowitą frajdę ze strzelania do niewymagających celów.

Pierwsza kapsuła dokręcona po latach spoczynku pozwoliła nasmarować bebechy pellgun oilem i zaaplikować w nowiutki kulochwyt ok. 50 kulek, co biorąc pod uwagę wspomniany system i własne pomiary sprzed lat, jest wynikiem co najmniej akceptowalnym i wskazującym na to, że lata posuchy na uszczelkach repliki nie wpłynęły negatywnie na jej szczelność. To wspaniała wiadomość i nawet nie zdajecie sobie sprawy ile obaw co do stanu technicznego moich replik wraz z tą właśnie kapsułą uszło w powietrze. Pistolet działa!

Mojego optymizmu niestety nie podzielił recenzowany blaszak…

Mnóstwo wgnieceń, pełno odprysków farby, ale póki co, żadnych perforacji.

O tym jednak później, wpierw chciałbym przybliżyć pozostałe z moich cacuszek. Luger P09 Parabellum to prawdziwy germański arystokrata, który z pogardą spogląda na chamską amerykańską klamkę. Świetnie wyważony, pewnie leży w dłoni, a wbudowany blow-back o wiele subtelniej kopie nadgarstek strzelca, w zupełnie innej płaszczyźnie wprowadzając w mechanikę instrumentu, który dzięki standardowej kapsule 12 g posyła stalowe kulki prosto w kaczy spinner. Od czasu do czasu zdarzy mu się oddać podwójny lub nawet potrójny strzał, ale takie to już są mankamenty wiatrówkowej repliki, która ledwo próbuje tylko imitować perfekcyjny oryginał. Tak jednak działał od początku obecności w moim arsenale, zatem wybaczamy mu te okazjonalne humory.

Miejsce na kapsułę CO2 znajduje się w magazynku.

Ostatnim z moich gazowych pistoletów jest przedstawiciel młodego pokolenia, który w pogoni za redukcją masy i kosztów produkcji nie brzydzi się tworzywem sztucznym, co nie ujmuje jednak jego walorów użytkowych. Heckler und Koch HK45, a raczej jego replika będąca w moim posiadaniu, nie posiada co prawda żadnych atrakcyjnych ozdobników w postaci pełnego magazynka, albo systemu odrzutu zamka, czy nawet mechanizmu napinania, który w trybie single action wspierałby strzelca w precyzyjnym posyłaniu stalowych kulek w środek tarczy, jednak całokształt tych niedostatków zbiera się na jego najsilniejszą zaletę – oszczędność gazu. W warunkach temperatury pokojowej spokojnie możemy mówić o 100, a nawet 120 oddanych silnych strzałach, co jest wynikiem nie do osiągnięcia dla replik bardziej złożonych mechanicznie. Ta właśnie cecha tego konkretnego pistoletu pozwoliła mi na prawdziwy test ogniowy, w trakcie którego prowadziłem w kierunku śrutochwytu nieprzerwany niemal ostrzał, wystawiając chińską stal na poważną próbę.

Kontrastujące przyrządy celownicze poprawiają komfort strzelca.

Na koniec z arsenału uwolniona została prawdziwa femme fatal gazowych replik – AK-47 od Cybergun. Mógłbym wiele słów napisać na jej temat i chyba najlepszym rozwiązaniem będzie poświęcenie jej dedykowanego artykułu, zatem tutaj ograniczę się jedynie do kilku słów: stal, drewno i bezbłędna celność. Potęga długiej lufy dowodzi, że przynajmniej w tym jednym przypadku rozmiar ma znaczenie.

Strzelanie z Kałaszka w obskurnym podziemnym korytarzu… Skojarzenia z Metro 2033 jak najbardziej wskazane.

BBardzo twarde 4,5 milimetra

Stalowe kulki BB w kalibrze 4,5 milimetra to niezwykle wdzięczne oraz ekonomiczne medium do obcowania ze strzelającymi replikami broni palnej. Zasilane najczęściej sprężonym dwutlenkiem węgla i wypluwane poprzez gładką lufę, stanowią rozsądny kompromis pomiędzy umiarkowaną mocą i rekreacyjną celnością.

Balistyka metalowej kulki jest bowiem ograniczona fizyką, która w żaden sposób nie współpracuje z miotanym obiektem w kwestii stabilizacji toru lotu oraz podkręcenia, które jest istotnym czynnikiem w kwestii precyzji.

Takie właśnie spinnery są wdzięcznym celem dla rekreacyjnych wiatrówek.

Do pozytywnych aspektów użytkowania należy jednak bez wątpienia uniwersalny kształt, który znakomicie współpracuje z rozmaitymi mechanizmami replik, przez co mogą być one proste i nieskomplikowane, co znacznie ogranicza koszty.

Sama eksploatacja omawianych zestawów nie należy do drogich, ponieważ zarówno śrut, jak i dwunastogramowe kapsuły CO2 są szeroko dostępne na rynku w bardzo niskich cenach, a w zasadzie jedynym limitem jest sama replika, której wartość waha się między 150, a 1500 złotych.

Bez względu jednak na koszt pukawki, otrzymujemy zestawy strzeleckie o bardzo zbliżonej energii wylotowej pocisku, która oscyluje najczęściej w okolicach siedmiu Jouli. Mówimy zatem o czysto rekreacyjnym strzelectwie puszkowym, a nie o precyzyjnej konkurencji tarczowej. Całość jest także stosunkowo bezpieczna dla otoczenia i przy zachowaniu podstawowym środków bezpieczeństwa, można z powodzeniem używać takie repliki w domu lub ogrodzie.

Mniejsze odbicia pochodzą właśnie od kulek 4,5mm. Kilka większych natomiast to efekt śrutów ołowianych.

Niestety moje testy wykazały, że dla omawianego kulochwytu ta podstawowa forma strzelectwa wiatrówkowego stanowi już wyzwanie, bowiem wszystkie opisane wyżej sesje strzeleckie odbywały się na pomiarowym dystansie pięciu metrów, a efekt takiego strzelania dobitnie pokazuje, że zastosowany przez producenta materiał jest stanowczo zbyt słaby.

Cienka blacha śrutochwytu o grubości jednego milimetra, a nawet nieco grubsza blacha spinnera o grubości 1,7mm znacząco odkształciły się pod wpływem kontaktu z kulkami BB.

Przeciętna deformacja chwytu wyniosła 0,5mm, natomiast spinnera 0,2mm.

Skoro zatem omawiane repliki wiatrówkowe spowodowały w recenzowanym produkcie aż tak duże spustoszenie, to zapytać trzeba:

Do czego u licha to służy? Do łapania plastikowych kulek 6 mm ASG?

W obliczu zaobserwowanego rezultatu zasadnym byłoby zaprzestanie dalszych testów z mocniejszym sprzętem. Gdybym jednak na tym etapie zakończył analizę tematu, to nie przekonałbym nikogo, że pierwszy z brzegu śrutochwyt w ogóle do łapania śrutu nie jest przystosowany.

A może jednak jest?

Pluton egzekucyjny ostatecznie się z tym chińskim scamem rozprawił.

Diaboliczne 4,5 milimetra

Przyznam, że na tym etapie spodziewałem się już perforacji blachy, bowiem w ruch poszła moja wiatrówka Umarex, będąca całkiem obiecującą repliką karabinka M4, a która strzela ołowianym śrutem grzybkowym w kalibrze 4,5 mm.

Elementy stylistyczne to w większości plastik.

Musicie mi uwierzyć, że pomimo niskiej ceny i nieco może kiczowatej konstrukcji (klasycznie łamana replika – absurd), jest to naprawdę solidny produkt, który pozytywnie zaskoczyć może mocą i celnością. W połączeniu ze świetną jak na tą półkę balistyką, stanowi naprawdę spójny śrutomiot, który zadowoli nie tylko amatorów dziurawienia puszek, ale także krótkodystansowego strzelectwa tarczowego, a nawet niewymagającego mil-sima (musztra, bieganie z bronią itp.).

Na usprawiedliwienie rezultatu mojego strzelania do recenzowanego śrutochwytu mogę napisać jedynie, że dysponowałem jedynie płaskim śrutem w kształcie wadcutter, który raczej przeznaczony jest do estetycznego wycinania okrągłych otworów w tarczach, niż do masakrowania stalowych blaszek.

Śruty zwyczajnie rozbijały się na powierzchni chińskiej blachy, zdrapując z niej jedynie farbę i pozostawiając całkiem łagodny i łatwy do naprawienia dołek.

Finalnie wskutek mojego testu tylna blacha chwytu odkształciła się o 8,2mm. Dużo, czy mało?

Jeszcze mniej zamieszania zrobiło bezpośrednie trafienie w spinner, który ledwie odczuł uderzenie ołowiu z pięciu metrów. Skutki dla samego grzybka po takim trafieniu okazały się opłakane, bowiem zwarty niegdyś śrut dekomponował się do postaci cienkiego opiłka.

Jest to rezultat niespodziewany, jednak jeżeli dobrze się nad tym zastanowić w ujęciu mechanicznym, to wydaje się on bardzo logiczny i tylko test z większą mocą i większym kalibrem może potwierdzić obserwowaną zależność.

Niszczyciel światów

Od lewej: 4,5mm BB; 4,5mm diabolo; 5,5mm diabolo. Różnicę w masie pocisków wręcz widać.

Przyznaję, że strzelanie z odległości pięciu metrów do stalowej chińskiej puszki za pomocą karabinka, który potrafi oddawać całkiem solidne 16-17 joulowe strzały, stwarza w ciasnej zamkniętej piwnicy pewne ryzyka.

Po pierwsze, nie wiadomo jak zachowa się śrut w kalibrze 5,5 milimetra po kontakcie z testowaną blachą, a po drugie, nie wiadomo jak zachowa się moja twarz po kontakcie z rykoszetującym zdeformowanym pociskiem.

Mówią jednak, że kto nie ryzykuje, ten nie świętuje wygranej, zatem pozwoliłem sobie na kilka ryzykownych strzałów w imię nauki, jednak zaznaczam – nie róbcie tego sami! Strzelanie z wiatrówek w zamkniętej przestrzeni jest bardzo niebezpieczne.

Muszę niestety ostudzić entuzjazm ciekawskich, bowiem i tym razem nie udało mi się spenetrować kulochwytu, a jest to najmocniejsza wiatrówka w moim arsenale.

Rezultat po bezpośrednim trafieniu był jeszcze mniej inwazyjny, niż w przypadku mniejszego kalibru, choć tym razem dysponowałem już klasycznym śrutem o grzybku parabolicznym, zatem spodziewać się można po nim było większego wgniotu.

Ołów to bardzo miękki materiał i bez względu na moc i kaliber, trudno mu poradzić sobie ze stalową zaporą.

Powtórzenie tej próby potwierdziło jedynie, że żadna z moich wiatrówek poniżej 17 jouli energii wylotowej pocisku, nie jest w stanie przebić blachy samego chwytu, jak i spinnera, a zatem użycie takiego zabezpieczenia amatorskiej strzelnicy zapewnia wysoki poziom bezpieczeństwa. To kluczowa obserwacja, pomimo tak kiepskich wyników pierwszych testów!

Nie jestem oczywiście ekspertem w dziedzinie balistyki i konstrukcji broni, jednak sprawdzian ten potwierdza podstawowe prawa, które rządzą fizyką pocisku. Są to dla pasjonatów broni wiadomości oczywiste i intuicyjne, jednak dla pierwszego lepszego amatora jak ja, stanowić mogą swego rodzaju wyzwanie i ciekawostkę, jeżeli podejdzie się do tego z pokorą.

Nie tylko rozmiar, ale też kształt ma znaczenie.

Na rezultat bezpośredniego trafienia wpływ mają następujące czynniki:

  • Energia wylotowa pocisku: jego waga i przyspieszenie nadane przez karabin w momencie opuszczenia lufy;
  • Rozmiar powierzchni kontaktu: kaliber pocisku, a bardziej wielkość powierzchni, która zderza się z celem, bo to ona odpowiada za rozkład energii w materiale (nacisk);
  • Materiał pocisku vs. Materiał celu: twardość pocisku ma szalenie wysokie znaczenie na możliwości destrukcji celu
  • Kształt pocisku: płaskości i wypukłości, wraz z wymiarem promieni i obecnością krawędzi, które odpowiadają za spiętrzenie naprężeń w materiale i jego uplastycznienie, a ekstremalnie nawet przerwanie ciągłości (w tym teście to nie zaszło).

Podsumowanie

Mój brutalny test kulochwytu Spinner kaczka od firmy Blackfire potwierdził jego zdolności łapania śrutu, a zatem możliwość poprawy bezpieczeństwa naszych amatorskich strzelnic. Jest to kluczowe zagadnie w kontekście naszej radości ze strzelectwa oraz akceptacji otoczenia względem naszego hobby, które dzięki tak prostym i tanim urządzeniom, może stać się bardzo bezpieczne.

Można mieć oczywiście zastrzeżenia co do zastosowanego materiału i jego grubości, który może i nie zapewni trwałości dziesięciu tysięcy trafień, jednak uważam, że produkt ten reprezentuje bardzo rozsądny stosunek jakości do ceny, przez co uważam go za godny polecenia.

Malkontenci oczywiście mogą komentować, że zrobiliby lepszy łapak na śruty domowymi metodami i to całkowicie za darmo, jednak zaznaczam, że artykuł nie miał na celu obnażać czyjegoś braku umiejętności do majsterkowania, a raczej prosty test polowy gotowca, za którego jakość ręczy największy w Polsce sklep z militariami.

Skutki mojego testu wymagają oczywiście podjęcia konstrukcyjnych poprawek na omawianym pacjencie, co jak mam nadzieję, podniesie jego żywotność i posłuży on w mojej piwnicznej strzelnicy jeszcze kilka dobrych sesji strzeleckich.

Jeżeli taka forma recenzji wydaje się interesująca i chcielibyście przeczytać rezultaty z innych moich testów, to koniecznie pozostawcie po sobie komentarz pod spodem.

Z pasją!

Dodaj komentarz