Gimnazjum… Wspaniały czas, kiedy dojrzewający umysł nastolatka raczył się bez żadnych konsekwencji ze strony żywicieli produktami 18+. Osobiście bardzo nostalgicznie wracam do „tamtych” lat, w których intensywnie interesowałem się historią i grami komputerowymi, a seria Call of Duty znakomicie te pasje łączyła. Zasadniczo w kwestii moich zainteresowań nie zmieniło się zbyt wiele i nadal sporo wolnego czasu spędzam przed ekranem, miotając ołów i dzieląc przeciwników po łbach granatami, stąd też dużo frajdy daje mi ten gamingowy sentymentalizm.

Pozwólcie zatem, że pozostając nadal jeszcze mocno w bożonarodzeniowej atmosferze, opowiem Wam pewną historię piętnastolatka, który omal nie spalił z nerwów swojego stacjonarnego komputera, który rok wcześniej otrzymał od rodziców w prezencie za przyniesienie do domu świadectwa z paskiem.

Cofniemy się w czasie do Bożego Narodzenia roku 2008, a raczej do okresu przygotowań do tychże świąt, który bywał w mojej przeszłości o tyle kluczowy, że stanowił czas poszukiwań prezentowych. Rzecz jasna moi rodzice nie pozostawali w tej materii dłużni i ze sporym wyprzedzeniem wypytywali mnie o życzenia na świąteczny podarek. Wyzuty z jakiejkolwiek delikatności i bożonarodzeniowej subtelności wskazałem palcem to konkretne pudełko na półce w empiku – Call of Duty: World at War.

Jak już wcześniej wspomniałem, moi rodzice byli dość liberalni w kwestii wiekowego doboru prezentu i nie przeszkadzał im wielki napis sugerujący, że produkt ten jest dedykowany dla osób powyżej osiemnastu lat, a jak można łatwo obliczyć, tych wiosen brakowało mi niecałe trzy. Na okładce oczywiście nie było gołej baby, a wizerunek żołnierza jasno sygnalizował zawartość, która łączyła się z moimi pasjami, zatem gra ta miała niejako wymiar edukacyjny. Tą logiką przynajmniej zawsze starałem się perswadować swoim rodzicom fakt, że przesiaduję przed komputerem po kilka godzin dziennie.

Prezentu niespodzianki nie było, bo takich nie lubię, ale oczywiście nowa gra powędrowała do szafki rodziców, a ja jako uczciwy syn, nie interesowałem się tematem nowego CoD’a aż do Wigilii.

Magia świąt

Boże Narodzenie w moim domu zawsze obchodzi się w sposób tradycyjny, to jest w rodzinnym gronie wśród postnych potraw, przy kolędach i całej tej doskonale znanej i lubianej przez wielu podniosłej oprawie. Nie brak oczywiście ferworu i nieco nerwowej atmosfery tuż przed, jednak summa summarum Wigilia jest doświadczeniem niemal mistycznym, a moment obdarowywania prezentami bardzo ważny, nawet tymi dobrze wcześniej znanymi.

Po zakończonej kolacji finał dnia oczywiście był w mojej głowie dobrze zaplanowany – szelest zdejmowanej z nowiutkiego pudełka folii, lektura krótkiej broszury informującej o wymaganiach technicznych, co jak się zaraz dowiecie, było bardzo kluczowe. Lśniąca płyta za chwilę już zniknęła w szufladzie napędu DVD, a proces instalacji był na swój sposób celebracją porównywalną z podniosłością wieczerzy wigilijnej.

Dwie nowe ikony z gwiazdą pojawiły się już na moim pulpicie (Activision w tamtych latach implementował osobny launcher do trybu jednoosobowego i multiplayer, co każdy miłośnik gatunku zapewne doskonale zna), a kursor myszy dwukrotnie zastukał w pierwszą z nich, niczym batuta dyrygenta dającego znak.

Zaczynajmy.

Musicie wiedzieć, że ten coroczny ceremoniał z Call of Duty zawsze rozpoczynał się u mnie od kampanii dla jednego gracza, która stanowiła świetne wprowadzenie w klimat produkcji, a ten wymagał przecież pewnego myślowego resetu, bowiem był to głośny powrót mojej ulubionej ówcześnie serii gier do klimatów drugowojennych.

Już cieszyłem się na zupełnie nową kampanię na Pacyfiku, która stanowiła swoiste novum dla tego cyklu, więc chciałem jak najszybciej wejść w akcję. Przejęcie kontroli nad żołnierzem i… Gra się zawiesiła!

Czarny paskudny glitch zakrywający połowę ekranu, w tle zapętlone dwie sekundy dźwiękowego sampla i brak możliwości jakiegokolwiek ruchu.

Co do ch*ja?!

Wysoce niesatysfakcjonujące doświadczenie! Wyczekiwany prezent, który miał być bardzo świeżym wejściem w nowiutki jeszcze tytuł (tylko miesiąc po premierze), podniosła wigilijna atmosfera, a tu taka nieoczekiwana porażka…

Żaden gamer oczywiście tak łatwo poddać się nie może i marne próby wyłączenia gry poprzez wymuszenie zatrzymania procesu skończyły się niestety resetem komputera.

O podobnym problemie w późniejszym Black Ops znalazłem sporo dowodów w sieci, natomiast kilkanaście lat temu próżno było szukać pomocnej informacji. Gra się crashuje, połowa tekstur miga czarnymi refleksami i młody niedoświadczony gracz musiał radzić sobie z problemem sam.

Kolejna próba uruchomienia i znowu to samo. Glitch, reset i wracamy do punktu wyjścia. Dokładnie przestudiowałem jeszcze raz broszurę z pudełka, która jasno potwierdziła, że mój pachnący wciąż nowością komputer spełnia wymagania producenta, a zatem wykluczyć mogłem błąd amatora.

Problem jednak był zdecydowanie techniczny, jednak niemożliwym w mojej głowie wydał się fakt, że Treyarch wydał do sprzedaży grę, która nie działa, choć mocowego zapasu pod obudową PC miał dostatecznie dużo. Klasycznie nim udałem się do sieci w poszukiwaniu pomocy, postanowiłem uporać się z problemem samodzielnie (po męsku) i dopatrując się jakiegoś błędu instalacyjnego, powtórzyłem cały proces od początku.

Błąd niestety dalej uniemożliwiał mi grę, co biorąc pod uwagę już dość późne godziny wigilijnego wieczoru, mogło budzić u mnie nerwy, jednak nie poddawałem się. Widziałem, że glitch polegał na zaczernieniu znacznej części ekranu, stąd też postanowiłem pójść tropem karty graficznej.

Pobrałem najświeższe sterowniki ze strony Nvidii i przeprowadziłem pełną ich instalację, aby wykluczyć wszelkie problemy po stronie mojego komputera.

Krzyczeć ze złości już mi się chciało, gdy okazało się, że problemem nie są sterowniki graficzne. Postanowiłem już zerwać z obyczajem i uruchomiłem tryb wieloosobowy, aby móc zweryfikować kompatybilność. Szybkie dołączenie do pierwszego meczu z listy, sprawne ładowanie mapy, wybór walczącej strony (zawsze Aliant) i od pierwszej sekundy glitch!

Złodzieje z Activision okradli mnie. Gorzej! Okradli moich rodziców i zepsuli mi Wigilię!

Celowo tutaj nadużywam dramatyzmu, jednak umysł piętnastolatka pomimo tysiąca wyimaginowanych problemów jest dość prosty i bardzo łatwo przechodzi w skrajności. Dziś jestem już sporo starszy i może nawet odrobinę bardziej dojrzały (hehe), ale w 2008 roku brak możliwości zagrania w wymarzoną grę był dramatem na maksa.

Forumowi mędrcy

W tamtych czasach nikomu jeszcze do głowy nie przyszło, że będziemy jako ludzkość robić  z siebie pajaców i zadawać na facebookowych grupach durne pytania i wyrażać jeszcze głupsze opinie, a jedynym miejscem zapytań o pomoc były fora tematyczne i na takie właśnie skierowałem swoje kroki.

Mój ojciec bez grama ironii „potrafił w komputer”, co stawiało go na niemałym piedestale wśród swoich rówieśników, a w naszym domu miał zawsze opinię fachowca w temacie instalek, crackowania i szeroko rozumianego rozwiązywania cyfrowych problemów. Ale nawet i on poradził mi wprost:

Zapytaj na forum, tam na pewno ktoś już ma rozwiązanie.

Tak też zrobiłem. Uwierzcie mi, ale bez względu na to ile szczegółów zawarłbym w swoim zapytaniu o pomoc, to zawsze na forach znajdą się dwa gatunki ludzi.

Pierwszy z nich to klasyczny nabijacz postów i rang, który nie czyta wpisów do końca i już zadaje mi pytanie, na które odpowiedź znajduje się na samej górze wątku. Drugi natomiast to moderator, który w sekcji Pytań i Odpowiedzi zawsze musi napisać: „Tym razem skończy się na warnie i użyj następnym razem funkcji Szukaj, ale jak założysz podobny wątek jeszcze raz to ban na tydzień” – typowy policjant.

Tego drugiego typa na szczęście udało mi się uniknąć, bo ku mojemu zaskoczeniu (tak, użyłem funkcji Szukaj) mój problem okazał się być całkiem świeży.

Był niestety tak nowy, że nikt, choćby nawet bardzo chciał mi pomóc, to nie umiał znaleźć racjonalnego wytłumaczenia. Przeinstalowałem na swoim komputerze bodaj dziesięć różnych iteracji sterowników graficznych, o dziesiątkach instalacji gry wraz z łatkami nie wspominając i nadal miałem tego samego je*anego glitcha!

Prawdziwym hitem i tym samym aktem mojej ostatecznej desperacji była sugestia jednego z użytkowników forum, która brzmiała mniej więcej tak:

Spróbuj ze słuchawkami. Odłącz głośniki i włóż do gniazda słuchawki, bo te nowe płyty główne to jakiś dramat i walą tego typu błędami.

Nie byłem pewny czy robi sobie ze mnie jaja, czy może jego wiedza informatyczna przewyższa moje wyobrażenie, więc postanowiłem przetestować patent.

Przez całą przerwę świąteczną nie robiłem już nic innego, tylko odłączałem i podłączałem słuchawki w różnych momentach uruchamiania gry. Nic to nie dało, a przycisk resetu w moim ówczesnym PC wyraźnie się już wytarł.

Epilog

Finał tej świątecznej historii w krzywym zwierciadle był taki, że Call of Duty: World at War na tamtym komputerze nigdy nie zostało uruchomione z sukcesem, a sama gra powędrowała na półkę wstydu na długie lata, zanim zakupiłem swój pierwszy laptop.

Wspaniała i estetyczna okładka niestety wyryła się w mojej psychice jako „ta pechowa gra” i pozostawiła tam bliznę. W swojej CoD-owej historii grałem jeszcze na tej samej maszynie z powodzeniem w Modern Warfare 2 i 3, które w kolejnych latach wypuściło studio Infinity Ward, natomiast do znakomitego Black Ops’a miałem awersję tylko dlatego, że zrobiło go studio Treyarch, które zepsuło mi w 2008 roku radość z bożonarodzeniowego prezentu.

Aktualnie na swoim dziesięcioletnim już laptopie (ależ gna ten czas!) gram zarówno w World at War oraz Black Ops’a i są to w moim osobistym rankingu najlepsze odsłony cyklu Call of Duty, zatem problem nie leży po stronie studia i wydanych produktów.

Po latach zagadka wigilijnego problemu nadal pozostaje nierozwiązana, ale to właśnie wydarzenie nieudanego doświadczenia gamingowego ma dla mnie bardzo dużą wartość sentymentalną, bo uczyć może pokory wobec sprzętu i software’u, który pod pozorną otoczką przystępności dla młodego użytkownika, skrywa wiele skomplikowanych procesów. Te najtrudniejsze natomiast odgrywają się w głowie człowieka i w sposobie radzenia sobie z problemami, albo i wręcz godzenia z porażką.

Wartościowa lekcja w bożonarodzeniowych okolicznościach.

Dodaj komentarz