Czy da się łatwo wyjść ze strefy komfortu, a zarazem spełnić chłopięce marzenia? Świat Bitwy Morskiej udowadnia, że jest to jak najbardziej możliwe, a nawet wskazane, aby przebić swoją bańkę gamingowych oczekiwań (dla mnie wojsko i historia XX wieku) i wypłynąć na zupełnie nieznane, niekiedy niebezpieczne, ale szalenie wciągające wody.

World of Sea Battle, a konkretnie otwarte testy beta tejże gry stanowią przemiłą niespodziankę drugiej połowy minionego roku 2025, omijając sprytnie walne premiery tytułów AAA i zmyślnie odnajdując swoją niszę. Zdawać by się mogło, że nikt nie oczekiwał MMORPG w klimatach historycznych okrętów żaglowych, ale podskórnie każdy go potrzebował. Wszak w każdym niemal mężczyźnie żyje jeszcze mały chłopiec, który dawno temu marzył o zostaniu marynarzem, a co bardziej zadziorny chciał nawet być piratem.

Na marginesie: niedawno opublikowałem obszerny i bardzo dekadencki artykuł o upadku World of Tanks, a jak wiadomo natura nie znosi pustki. WoT przez długie lata dawał moim wojskowym pasjom bezpieczny okop, w którym mogły rozwijać się w miarę rozbudowy gry. Z czasem jednak żar zgasł i wszystko wskazuje na to, że okop zamienię na przystań.

Życie po WoT

No właśnie – czego tak naprawdę brakuje mi w obecnym Świecie Czołgów, a czego też niestety nie mogę znaleźć u pancernych konkurentów? Lekkości.

Teraz każda niemal gra musi ważyć grubo powyżej 30GB i pożerać przepotężne ilości zasobów obliczeniowych komputera, bo oczekiwania wielu graczy złudnie skupiły się na doznaniach graficznych. A przecież wiadomo, że grywalność jest nieporównywalnie cenniejsza od grafiki!

Sam zaliczam się już do grona dziadersów, którzy nie aktualizują maszynerii nazbyt często, aby nadążać za apetytem niegdyś ulubionych gier i tak właśnie o to mój ukochany WoT zaczął przemęczać mojego dziesięcioletniego laptopa. Gra która kiedyś śmigała aż miło na teksturach SD, teraz wymusza instalację przepakowanych nad wymiar klientów HD, które postanowiły zahartować dośmiertnie nasze wiekowe karty graficzne…

I tak właśnie o to wpływa cały na biało World of Sea Battle wraz ze swoją instalką ważącą nieco ponad 1GB i wymaganiami technicznymi skrojonymi po to, aby dać się uruchomić absolutnie na wszystkim. Świeżutkie MMO, które wysadza swoją niszę wraz z bombą nowatorskich rozwiązań i obietnicą świetnej zabawy.

Opowiedz mi więcej

To siadaj majtku i słuchaj! Legendarne okręty żaglowe z XVI, XVII i XVIII wieku oraz obszerny otwarty świat, który kondensuje w składny sposób klimaty Karaibów, obu Ameryk i Azji. Wszystkie niemal oceany zamknięte w fikcyjnym świecie Archipelago. Choć jak się tak dobrze zagłębić, to nie takim fikcyjnym, ponieważ wiele jest nazw lokacji wprost odnoszących się do prawdziwych, a niekiedy i legendarnych miejsc. Mamy zatem jasne osadzenie w czasie i przestrzeni.

Dusza historyka, a zarazem awanturnika żądnego przygód zaczyna się budzić na tą obietnicę ciekawej i niezobowiązującej zabawy. Ale nie lekceważ tego! To wciąga…

Rdzeń rozgrywki

W World of Sea Battle gracz wciela się w rolę kapitana małego statku, który szybko przekona się, że o przetrwaniu w tym wymagającym świecie jednak decyduje rozmiar.

Od zera do bohatera. Poziomy jednostek odznaczone są tzw. stawką okrętu, numerowane od VII (najgorsza) aż do I (najlepsza). Na zdjęciu widoczny mój pierwszy statek bojowy Horizont.

Zasadniczo w omawianej grze chodzi o zdobywanie kolejnych, coraz większych i bardziej wymagających okrętów, po które będziemy zmuszani zapuszczać się na coraz odleglejsze wody.

Przedstawione wcześniej ramy czasowe wskazują na złotą erę żagli, a jeszcze konkretniej na najbardziej ognisty konflikt siedmiu mórz, pomiędzy Hiszpanią i Anglią, które to ścierały ze sobą swoje floty na wodach Atlantyku wiele razy. Równie i w grze nie brakuje odwołań do tej historii, która posiekana była przez morderczych piratów i nie mniej brutalnych łowców nagród. A pomiędzy tym wszystkich czysta ekonomia…

Rusz głową

I tutaj właśnie World of Sea Battle pokazuje swoje prawdziwe pazurki, poprzez swoją całkiem rozbudowaną ekonomię, która dorównywać mogłaby nawet lżejszym grom strategicznym.

Aby zdobywać nowe okręty, gracz musi pozyskiwać surowce, a te dostępne są na kilka bardzo różnych sposobów. Przede wszystkim może zakupić je na rynku, ale ten jest bardzo różnorodny i wymaga stałej obserwacji cen. W niektórych zakątkach świata gry pewne dobra są dostępne w niskich cenach, a w innych z kolei mogą kosztować więcej, co przy obrocie dużych wolumenów ma już bardzo istotne znaczenie na drodze zakupowego sukcesu.

Ważnym elementem RPG jest rozwój umiejętności kapitańskich, których odpowiedni dobór już na samym początku gry jest kluczowy, aby móc płynnie rozwijać wybraną ścieżkę kariery.

Ale cóż ze znajomości rynku, jak nie ma złota, za które można cokolwiek kupić? To pozyskać można przede wszystkim w boju, nękając piratów, bądź wcielając się w jednego z nich i napadając na kupieckie okręty. Zdobyte w walce surowce można oczywiście sprzedać, ale o wiele bardziej warto jest je przetwarzać.

Nie samym łupieniem żyje pirat… Widoki też bywają piękne.

Wspomnieć również warto o tym, że ekonomia w World of Sea Battle oparta jest o kilka rodzajów in-game’owej waluty, która umożliwia zakup unikatowych niekiedy zasobów i statków, a wszystko to zarobić można na morzu. Nie ma mowy zatem o pay-to-win, choć waluta premium także istnieje, ale pozwala co najwyżej na zakup unikalnych jednostek z górnej półki, aby móc szybciej poznać pełen potencjał gry. Gracze free-to-play (tacy jak ja) mogą śmiało dojść do wszystkiego bez wydania grosza.

Wielopoziomowy crafting

To co wyróżnia World of Sea Battle na tle innych marynistycznych gier to bardzo istotny aspekt wytwarzania, który nakłada na gracza mnóstwo wymagań i nie mniejszą liczbę ograniczeń, które trzeba dobrze przemyśleć, aby móc wytwarzać niezbędne podzespoły szkutnicze.

Warsztat musi pracować pełną parą, jednak wymaga to stałych dostaw surowców.

Warsztaty i stocznie są oczywiście dostępne w portach, ale te drugie przyjdzie nam zmieniać bardzo często, jeżeli będziemy chcieli zdobywać coraz większe okręty. Samych zasobów na ich budowę z kolei przyjdzie nam zdobyć tyle, że prędko zaczniemy poszukiwać alternatywnych źródeł, ponieważ morskie łupy nie będą wystarczające.

Uzbrajanie galeona San Martin w 40 armat to bardzo satysfakcjonujący proces, ale wymaga poświęcenia czasu na farming.

Z pomocą przychodzą kopalnie węgla, rudy żelaza, miedzi, tartaki, gospodarstwa, mennice, a nawet gorzelnie – rozsiane po całej mapie, zmuszając kapitanów do codziennego przemierzania wielu mil morskich.

Moja mała ekonomiczna potęga – kopalnia węgla, rudy żelaza, tartak i gorzelnia rumu.

Jeden okręt nie wystarczy

Jak łatwo się domyślić, tak szeroki wachlarz różnych elementów rozgrywki wymusza odmiennych stylów, które z kolei osiągalne są dzięki zróżnicowanej flocie.

Do walki rzecz jasna najlepsze będą jednostki bojowe, jednak i te dzielą się w zależności na ulubiony styl gry na lekkie – szybkie i zwrotne, do sprytnych i celnych uderzeń; ciężkie – solidne i potężnie uzbrojone morskie behemoty; oraz bitewne – łączące zalety i wady obu poprzednich klas, a stanowiące przy tym mądry kompromis.

Fregata Black Wind to świetny przykład połączenia wystarczającego uzbrojenia i rozsądnej manewrowości.

Rozbudowana i wymagająca ekonomia oczywiście nie byłaby możliwa bez okrętów transportowych, które ładowność przedkładają nad zdolności bojowe. Ich kapitanowie szczególnie lękać powinni się piratów, którzy wypatrują tylko porządnie załadowanych rozmaitymi dobrami jednostek.

Poza tym są jeszcze okręty oblężnicze, które miotają potężnymi bombardami pociski zarówno w statki oraz obiekty nabrzeżne. Do tego cała masa jednostek legendarnych, specjalnych oraz premium.

Egzotyczny reprezentant gatunku okrętów oblężniczych rodem z Korei. W grze nie brakuje tego typu kwiatków.

Ja rzecz jasna jak na typowego dziadersa przystało, gram na razie bez wydania ani jednej prawdziwej złotówki.

Komu mogę podać mój numer konta?

Mam świadomość, że mój artykuł brzmieć może jak typowy materiał sponsorowany, jednak prawdą jest, że grę tę odkryłem sam, a dzięki niskim wymaganiom technicznym bardzo szybko udało mi się wejść w rozgrywkę, która wciągnęła mnie pięknem i złożonością. Przede mną jeszcze mnóstwo elementów i mechanik do odkrycia.

Po dwudziestu godzinach udało mi się poznać ledwie ćwierć oferowanego świata.

Piszę zatem od serca, pro bono, że World of Sea Battle jest niezwykle interesującą betą, która ma szansę stać się szalenie grywalną produkcją. Rosyjski skład deweloperski i spółka zarejestrowana w Dubaju? Spiskowcom wystarczy mniej, aby dopatrywać się podstępu, jednak mnie to zupełnie nie interesuje. Życzę twórcom wielkiego sukcesu.

Tymczasem sam wyruszam po raz kolejny w morze. Ahoj!

Dodaj komentarz