Nic tak nie rozpala emocji w grach MMORPG, jak element czystej, bezpośredniej rywalizacji między graczami, wszak cały ten cyfrowy wyścig zbrojeń czemuś musi służyć. PvP to nieodłączna część starego stylu tworzenia gier masowych, w której to opada magiczna protekcja serwera i wirtualni bohaterowie (tutaj kapitanowie) polegać mogą już tylko na owocach własnej pracy i sprycie.

Żaden sterowany komputerowym algorytmem przeciwnik nie zapewni graczowi takiego zastrzyku adrenaliny, co drugi, równie zdeterminowany gracz. Dlatego też znużony nękaniem botów, postanowiłem rozwinąć piracką banderę i zaryzykować w nowym wymiarze morskiej przygody.

WoSB jest idealnym środowiskiem do bicia się po gębach

Świat gry zaprojektowany jest wprost po to, aby stwarzać okazję do konfrontacji, bowiem spora część dostępnego archipelagu położona w jego centrum, pozbawiona jest jakiejkolwiek ochrony przed atakami okrętów sterowanych przez innych graczy, co wymusza podejmowanie ryzyka, lub zachęca wręcz do beztroskiego gnębienia mniej ostrożnych kapitanów.

Po wpłynięciu na wody centralnego okręgu, opadają wszelkie bariery i może wydarzyć się wszystko.

To oczywiście nie jedyna możliwość morskiego potyczkowania się z graczami, ponieważ zwykłe farmienie botów także może być dodatkowo premiowane po podniesieniu czarnych flag, które jasno dają otoczeniu do zrozumienia, że na ogień odpowiadamy ogniem.

Większy loot wymaga podjęcia większego ryzyka.

Mój pierwszy zatopiony gracz

Podczas pirackiej eksploracji Zatoki Fidżi i dochodowym opróżnianiu ładowni botów, nie musiałem długo czekać, aby inny gracz posłał w stronę mojego pięknego i szybkiego Le Cerf pierwszą salwę z armat.

Był to mój pierwszy rejs tą nową i niezwykle ciekawą klasą jednostek pływających, zatem sam nie byłem do końca świadomy tego, jak śmiercionośnym narzędziem w rękach pirata jest szybki okręt uzbrojony w kolubryny.

Zasięg tych dział jest zdecydowanie większy niż standardowych armat, nawet w przypadku pocisków zapalających, zatem mogłem zadawać ogromne obrażenia na bezpieczną odległość. Zdjęcie poglądowe.

Mój oponent zdawał się rozeznawać temat, ponieważ dysponował o klasę gorszym okrętem Horizont, który ustępował mi wytrzymałością, prędkością i manewrowością. Normalnie jestem ugodowym osobnikiem i rzadko dążę do konfrontacji, a zwłaszcza w tak relaksującej grze, jednak tego afrontu odpuścić nie mogłem, stąd przekornie postanowiłem wypróbować swoich sił w pojedynku.

Wybieram przemoc.

Nim nieszczęśnik dostrzegł różnicę w zasięgu dział i zauważył poprawioną szybkostrzelność moich falkonetów, już kierował się dziobem w kierunku morskiego dna.

Piracka zdobycz była już moja. Achievement unlocked.

Vendetta

Po tym małym, ale niezwykle motywującym sukcesie, kontynuowałem łupienie botów wokół Fidżi, ponieważ chciałem zdobyć większą ilość punktów doświadczenia dla gałęzi szybkich okrętów (Ingermanlad, nadchodzę<3).

Nagle zauważyłem w niebezpiecznie bliskiej odległości od siebie po raz kolejny tego samego zaczepnego gracza, który najwyraźniej liczył na rewanż, stąd wykorzystując element zaskoczenia, raził mnie wybuchającymi beczkami, które solidnie uszczupliły mój pasek zdrowia.

Nauczony nowej i wyjątkowej charakterystyki swojego okrętu, od razu przeszedłem do walki kołowej na bezpiecznym dystansie, która zgubiła mojego oponenta po raz drugi. Wielki rewanż zamienił się dla niego w wielką klęskę, a ja z pełną ładownią łupów udałem się do portu w interesy.

Niezniszczalny kuter snajperski

Po wyjściu z bezpiecznej przystani dostrzegłem od razu swojego zaprzysiężonego już wroga w pobliżu niewielkiej wysepki – starał się wtopić w masę żagli wokół i uniknąć walki, jednak nie okazałem już litości. Tym razem pierwsze uderzenie musiało należeć do mnie.

Od razu zdecydowałem się na walkę kołową wokół wysepki, która idealnie wręcz zasłoniła wątły kadłub mojego statku, zapewniając jednak swobodny przestrzał dla rzędów łaknących zwycięstwa kolubryn.

Walka trwała krótko i to udane gamingowe popołudnie mogłem już świętować pirackim hattrick’iem, jednak mój nemesis postanowił się odkuć…

Nie minęły dwie minuty, a od strony portu mknął już nie jeden rozwścieczony kapitan, a trzech! Dobrze znając zasady tej gry, doskonale wiedziałem, że tej walki już nie wygram.

Ruszył za mną pościg łaknących rewanżu kolegów, którzy na pełnych żaglach mknęli prosto na moją rufę, wypuszczając co kilka sekund pociski z dziobowych działek.

Mądry kapitan wie jednak jak zmylić przeciwnika, zatem… Salwowałem się ucieczką. Wyposażony w usprawnione bocianie gniazdo, dysponowałem znacznie większym zasięgiem widzenia, niż ta banda zbójów, zatem rozwinąłem żagle i wykorzystałem manewrową przewagę, umykając przed oprawcami bezpiecznym łukiem z powrotem do portu Fidżi.

Niczego nieświadoma banda po utraceniu mnie z zasięgu, nadal parła naprzód w kierunku portu Saint Louis. Ciekawe po ilu minutach zorientowali się, że mecz skończył się z wynikiem 3:0 dla mnie…

Ach… Ta opowieść nie ma zupełnie sensu, a Ty, drogi czytelniku zapewne masz za sobą jeden z najnudniejszych wpisów w mojej karierze, ale wiedz, że bardzo chciałem pochwalić się tym archaicznym już niemal doświadczeniem czystego MMORPG, które w nieskażony sposób przywołało nostalgię o cyfrowych bijatykach i interakcjach między graczami, wchodzącym w komitywę, żeby tylko obić komuś ryja.

Aż łezka się w oku kręci, przez co z pokładu mojego pięknego Le Cerf uchylam kapitański kapelusz w kierunku twórców gry oraz graczy, którzy czynnie uczestniczą w jej rozwoju i w budowaniu społeczności. Jakże mi tego brakowało po latach spędzonych w grach single player oraz w zepsutym do szpiku kodu WoT…

Dzięki!

Dodaj komentarz