Nie jestem ekspertem muzycznym i przyznać muszę, że z ogromnym trudem przychodzi mi łączenie wyrazów w składną recenzję, choć bez muzyki własnego świata wyobrazić sobie nie potrafię.
Są jednak tacy artyści, wobec których nie da się przejść w ciszy, nie pozostawiając minimalnej reakcji, nawet jeżeli ci działają bez medialnego wsparcia algorytmów. Być może właśnie dla nich warto właśnie pozostawić w sieci jakiś skromny drogowskaz, aby także inni słuchacze mogli odkryć w ich twórczość coś wyjątkowego.
Takim właśnie odkryciem minionego roku kalendarzowego był na mojej osobistej playliście Swimming Paul.
Człowiek znikąd, który podbija świat
Trudno jest w dobie AI przebić się na gruntach muzyki elektronicznej, która wchodząc w rozmaite nurty house’u, trance’u czy techno, zdaje się powoli zataczać coraz ciaśniejsze koła, dając algorytmom jeszcze większe szanse kopiowania organicznej twórczości.
Są jednak takie obszary, w których prawdziwi artyści, tacy z krwi i kości, są w stanie zaproponować doznania, które wcześniej pozostawały poza możliwością obserwacji rozpędzonego społeczeństwa.
W tym mocnym, intensywnym i przeładowanym grozą oraz stanowczością świecie, niczym piękne motyle na subtelnym wietrze, wychodzą na światło ludzie, którzy proponują zupełnie nowy obraz elektroniki.
Taki właśnie jest Swimming Paul.
Incognito i teorie z piwnicy
Naprawdę trudno jest znaleźć jeszcze w sieci sensowne informacje o tym, kim on naprawdę jest, bo bez wątpienia nie wyskoczył nikomu z kapelusza – zna doskonale swoje rzemiosło, a mimo to postanowił utrzymać swoją tożsamość w cieniu, niejako skupiając uwagę fanów wyłącznie na muzyce. To bardzo czyste i orzeźwiające podejście.
Nie brak oczywiście w internecie spekulacji i zawiłych teorii, a jedna odnosi się do francuskiego DJ’a o imieniu Michael Calfan, którego twórczość spotykała się w przeszłości z pozytywnym odbiorem i niespodziewanie zatrzymała się w 2015 roku.

Bez względu jednak na prawdziwe nazwisko i pochodzenie, Swimming Paul celowo nie koncentruje uwagi odbiorców własnej muzyki na sobie, co dodatkowo podkręca atmosferę tajemnicy. Łączyć się to ma z rzekomą fascynacją Calfana twórczością Daft Punk (RIP), a który to duet z podobnego założenia twórczego wychodził.
Pierwszy plan musi zajmować wyłącznie muzyka.
fred again na sterydach
W każdym niemal źródle, do którego zaglądałem, wszelkie gatunkowe odniesienia skupiały się wokół o wiele bardziej znanego Freda, którego posłuchać możemy pod pseudonimem fred again. To niezwykle utalentowany DJ, którego sieciowa kariera zdaje się już obecnie galopować wręcz naprzód, za przyczyną unikatowego blendowania gatunków elektronicznych.
W jego kawałkach o silnie house’owym kręgosłupie, można dosłuchać się między innym Drum’n’bass’u (który na dobrą dekadę opuścił chyba już estradowe i domówkowe imprezy), a także brzmień sięgających korzeni muzyki trance, prosto z lat 90.
Wszystko przedstawione jest słuchaczowi w niezwykle lekkiej, bezramkowej niemal formie, która wymyka się gatunkowym ograniczeniom, a pozostając przy tym bardzo zwiewnym i nie przeładowanym dźwiękami doznaniem.
Na Reddit’cie pojawiła się nawet teoria spiskowa, dotycząca twórczego podobieństwa obu artystów, jakoby znany już bardzo dobrze fanom muzyki elektronicznej Fred miał opublikować utwór „leave me alone” właśnie jako reakcję na debiut Swimming Paula. Przyznać jednak muszę, że jest to motyw niepasujący do charakteru twórczego obu tych muzyków, co jednak podkręca mimo wszystko atmosferę tajemnicy.
Swimming Paul moim zdaniem w pierwszym odbiorze oczywiście przywołuje na myśl muzykę Freda, wszak słuchałem go w minionym roku bardzo często, jednak w głębszej analizie umyka ramom popularniejszego artysty.
Uśmiech przez ból
Opus magnum omawianego Paula są jego albumy „Smiling through the pain” (Pt. 1 & 2), które tworzą aureolę ciepłej retrospekcji, znajdujej punkty wspólne w teraźniejszości, wraz ze wszystkimi blaskami i cieniami.
Osobiście rzecz biorąc, w życiu trzydziestoparolatka jest sporo myślowych powrotów do lat beztroskiego i głupiego ganiania za marzeniami, do ciepłych i chłodnych dni, w których nie brakowało potknięć i nieudanych pomysłów, a które mimo wszystko wyryły w pamięci bezpieczną przystań. Twórczość Swimming Paula znajduje tutaj bardzo podatny grunt.
To muzyczna wycieczka po umyśle pobudzanym rozbłyskami wspomnień, których ujście jest niekiedy w radości, a kiedy indziej w smutku, nostalgii, czy tęsknocie. Trochę przypomina mi ona swego rodzaju remedium na wszelkiego rodzaju trudy wchodzenia w dojrzałość oraz próbę odnalezienia tego dawnego pierwiastka beztroski w prostych rzeczach.
Właśnie taka jest muzyka Swimming Paula – lekka w odbiorze, choć niosąca konkretny ładunek emocjonalny. To bardzo świeże i organicznie prawdziwe doświadczenie z nurtu „slow down”, do którego każdy zabiegany człowiek podskórnie dąży.
Szerszy horyzont
Nie wiem czy- i w jakim kierunku ten projekt pójdzie w dalszej przyszłości, jednak faktem jest, że terminarz Swimming Paula jest wypchany po brzegi koncertami na całym świecie (był nawet w Polsce), co świadczy o tym, że fani muzyki elektronicznej bardzo mocno potrzebowali tego świeżego powiewu, dającego ciepło i nadzieję.
To dobra prognoza zmian w sztuce muzycznej i oby znajdowała odbiór w coraz szerszej grupie fanów.


Dodaj komentarz