Choć pierwsza część moich rozważań na temat potencjalnego historycznego starcia europejskiego rycerza z japońskim wojownikiem nie spotkała się z głośnym odzewem czytelników, to pod względem chłodnych statystyk jest to jeden z najbardziej poczytnych artykułów na moim blogu. W związku z tym czuję silną zachętę do kontynuowania tej surrealistycznej analizy, aby spróbować udzielić odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie: czy katolicki Europejczyk z przełomu XVI i XVII wieku mógł realnie stawić czoła samurajom szoguna Tokugawy?

O tym, czy miał ku temu powód, odpowiedzieliśmy sobie w poprzednim wpisie, jednak czy siłowy odwet na odcinających się od zewnętrznego świata Japończykach w ogóle mógł się udać?

Warto przypomnieć tutaj, że jedynym europejskim narodem, który mając uprzywilejowaną pozycję, mógł pod wieloma surowymi warunkami w ogóle postawić stopę na japońskiej ziemi, byli Holendrzy.

Protestanci z Niderlandów reprezentowali bardzo liberalne poglądy względem swojej religii i gotowi byli do publicznego bezczeszczenia swoich symboli religijnych, co stanowiło jeden z warunków prowadzenia przez nich handlu w Japonii w okresie Edo.

W przeciwieństwie do nich, większe przywiązanie do religijnych wartości wykazywali katoliccy Portugalczycy, których krwawo pozbył się ze swojego szogunatu Tokugawa.

Jak widać, ten piękny, bo obfitujący w eksplozję Japońskiej kreatywności i kultury okres Edo, miał swoje bardzo brutalne początki, które mogły realnie spotkać się ze zbrojną odpowiedzią Portugalczyków, którym niestraszne były dalekie wyprawy.

Wzrost i kondycja fizyczna

Trudno na tym etapie rozstrzygnąć, która z omawianych stron potencjalnego konfliktu mogłaby reprezentować lepsze przygotowanie do fizycznego starcia. Kondycja, siła i możliwość długotrwałego pozostawania w intensywnym ruchu, to indywidualne cechy wojowników, będące wynikiem ćwiczeń od najmłodszych lat. Trening obycia z bronią, który u nas od germańskich naleciałości nazywano fechtunkiem, mógł przebiegać bardzo różnie w tych dwóch odległych od siebie miejscach globu, jednak jedno nie ulega wątpliwości – wymagał on ogromnej sprawności.

Homo sapiens z Europy w istocie niczym nie różnił się od swojego japońskiego odpowiednika, zatem jego przygotowanie do właściwego władania orężem wymagało tej samej pracy. Jeden i drugi wojownik nie był słabeuszem.

Ponadto archeologiczne badania ludzkich szczątków pochodzących z analizowanego okresu wykazują, że przeciętny mężczyzna z Europy mierzył wówczas 167 cm wzrostu, natomiast jego domniemany oponent z Japonii mógł mieć 158 cm.

Przewaga wzrostu Europejczyka nie byłaby zatem druzgocąca, bo mówimy tutaj o około dziesięciu kilogramach w przełożeniu na masę ciała. Wbrew obiegowej opinii o mikrym wzroście Azjatów, w 1600 roku nie mielibyśmy do czynienia ze starciem giganta z karłem – fizyczne predyspozycje były bardzo wyrównane.

Czy te kilka centymetrów wzrostu mogło mieć jakiekolwiek znaczenie? Być może tak, ale pamiętać musimy tutaj o fakcie, że obie strony dysponowały zarówno orężem do walki w zwarciu oraz do potyczki dystansowej, zatem z jednej strony dłuższe ramię daje większy zasięg ruchu, jednak dłuższy tułów daje paradoksalnie większą statystyczną szansę na trafienie strzałą lub kulą z arkebuza. Wciąż jednak mówimy o marginalnej różnicy.

Musimy mieć jednak na względzie bardzo istotny fakt, a mianowicie stan zdrowia Europejczyka, który byłby wyczerpany bardzo długą podróżą, podczas której zapewne zmuszony byłby do limitowania diety. Osłabiony w ten sposób rycerz musiałby stawić czoła wypoczętym i dobrze odżywionym samurajom, którzy nigdzie poza swoje wyspy się nie wybierali.

Absurd japońskiej krucjaty

Już teraz moglibyśmy nazwać tą opowieść z gatunku historii alternatywnej, bardzo chwytliwym tytułem Krucjaty, bowiem religijny kontekst stanowić mógł oficjalny motyw takiej wyprawy.

Rzeczywistość początku XVII wieku w kwestii morskich wypraw była jednak obdarta z moralnych pobudek, a napędzała ją żądza podboju ziem bogatych w naturalne zasoby, bądź siłę roboczą, a w konsekwencji i otwierania kolejnych szlaków handlowych. Żaden europejski monarcha, bo oczywiście tego typu eskapada nie mogłaby być sfinansowana ze środków prywatnych, nie zgodziłby się na wysłanie co najmniej kilkuset zbrojnych, na kilku bardzo cennych i uzbrojonych galeonach na drugi koniec świata, gdyby nie był niemal pewny finansowego zwrotu z „inwestycji”.

Japonia, choć piękna krajobrazowo i kulturowo, to nie miała do zaoferowania kruszców i trwałych bogactw, które byłyby mocną zachętą do zgody na omawianą „religijną wyprawę”, zatem już pod samym względem organizacyjnym takie wydarzenie zdawać się może jako mało prawdopodobne.

Podróż zajmująca od roku, do nawet dwóch lat, to niemal pewna recepta na wstępną utratę wielu żołnierzy w wyniku szkorbutu i biegunki, nim jeszcze ci będą w stanie postawić stopę na japońskiej ziemi. Zatem honorowa motywacja opisywana w moim pierwszym artykule topnieje drastycznie, gdy w grę wchodzi ekonomia.

Taki obrazek wygląda interesująco tylko jako wizja artystyczna, gdy w grę wchodzi „Excel” królewskiego skarbnika.

Drużyna przeciwko armii

Kolejnym aspektem, który należy wziąć pod uwagę, jest liczebność stających naprzeciw siebie sił. Europejska ekspedycja, jeżeli w ogóle wyruszyłaby w morze, to nie mogłaby liczyć więcej niż kilkuset zbrojnych mężczyzn, natomiast Japonia u wschodu jej złotej epoki Edo zamieszkiwana była już przez ponad dwadzieścia milionów ludzi, spośród których znaczna część posiadała choć minimalne wyszkolenie wojskowe, nabyte jeszcze podczas krwawych wojen domowych przed rządami Tokugawy.

Przy tak silnie zmilitaryzowanym i dobrze zaopatrzonym w lokalne zasoby oponencie, trudno byłoby zatem mówić o jakimkolwiek podboju. Byłoby to zatem co najwyżej zadanie bardzo bolesnego dla Japończyków uderzenia w jakieś kluczowe strategicznie miejsce, na tyle zasobne w bogactwa, aby choć w części zrekompensować wyprawę. Być może nawet moglibyśmy rozważyć okresową okupację jednej z nadmorskich twierdz, jednak bliska obecność tak licznego i zdeterminowanego przeciwnika, wymusiłaby na portugalskim agresorze rychły odwrót, jeżeli w ogóle byłby jeszcze możliwy.

Poza liczebnością, kluczowym czynnikiem byłaby motywacja japońskich obrońców, którzy obecność Europejczyków na swoich wyspach podnosili niemal do rangi walki z mitycznymi demonami, którzy chcą wprowadzać swoją religię i destabilizują państwo. Lęk przed kolejnymi wojnami domowymi, a także chęć pozbycia się ze swoich ziem barbarzyńskich intruzów, skłoniłby do zjednoczenia sił nawet największych przeciwników szoguna Tokugawy, co jeszcze bardziej niweczyłoby cele wyprawy z Półwyspu Iberyjskiego.

W kontekście liczb pola bitwy, mówilibyśmy o takiej szalonej eskapadzie raczej jak o pszczole żądlącej byka.

Wojny wygrywają zapasy

Długa wyprawa morska wymuszałaby na portugalskich rycerzach przybijanie do pośrednich portów, celem uzupełnienia zapasów, które w szybkim tempie przejadane byłyby przez coraz bardziej zmęczoną rejsem załogę. Nikła pewność zdobycia po drodze żywności w odpowiedniej ilości oraz jakości, zapewne przyczyniłaby się rychło do wielu chorób, które uszczupliłyby szeregi agresora. Na japońskich wyspach z kolei europejscy żołnierze nie mogliby liczyć na co najmniej kilka tygodni regeneracji, tak bardzo potrzebnych po długim czasie spędzonym na pokładach okrętów.

Lokalna ludność niemal zawsze byłaby względem odmiennie wyglądających intruzów nieufna, a być może i agresywna, kojarząc ich chrześcijańskie insygnia z propagowaną przez Tokugawę nienawiścią do wyznawców Chrystusowej wiary.

Nim więc doszłoby do jakiegokolwiek skrzyżowania kling, Europejczyków wyniszczałyby dezynteria i głód. Japończycy z kolei świetnie znaliby wszystkie atuty geograficzne własnego terytorium i po domniemanym lądowaniu Portugalczyków, wnet zaczęliby pozbywać się nadmiarowych zapasów i upraw tak, aby chrześcijanie przez wiele kilometrów od brzegu nie byli w stanie znaleźć ani jednego ziarenka ryżu. To niezawodna strategia pokonania agresora na wyniszczenie.

W tak wczesnym okresie dalekich wypraw, logiczna droga wiodłaby wokół wybrzeży Afryki, przez Indie i tak aż do Japonii. Na jej południu teoretycznymi lokalizacjami do ataku mogłyby być Nagasaki i Kagoshima, w których jeszcze przed mordem chrześcijan, można było spotkać portugalskich misjonarzy, a zatem i być może i tą garstkę rdzennych chrześcijan z podziemi, którzy może nie zechcieliby wesprzeć ataku, ale chociaż nie stanowiliby dodatkowego zagrożenia. Jest to jednak mocno wyidealizowana wizja.

Postawienie rycerstwa w tak trudnej sytuacji, zmusiłoby ich bardzo szybko do podjęcia konkretnych decyzji – atakować, czy uciekać?

Kolubryny i bombardy

Ucieczka od lądu bez jakiegokolwiek zaopatrzenia się w żywność i broń, byłaby dla Portugalczyków niemal samobójstwem, ponieważ szanse na powrót do domu zmęczonej i schorowanej załogi bliskie były już na tak zaawansowanym etapie bliskie zeru.

Atak na nadmorską japońską twierdzę byłby zatem nieunikniony. Tutaj jednak Europejczycy mogliby po raz pierwszy wykazać się wyższością technologiczną, ponieważ wyposażone w mnogość dział portugalskie galeony mogłyby przez bardzo istotną, wstępną fazę starcia niemal bezkarnie ostrzeliwać japońskie nabrzeża, burząc znacznie słabszą obronę balistyczną obrońców i podpalając kluczowe punkty nawet z kilkuset metrów.

Broń prochowa w tamtej epoce była domeną Europejczyków, którzy przewyższali japońskich wytwórców dział i arkebuzów, kopiowanych de facto na bazie zdobytych jeszcze niedawno kulomiotów z Europy. Technologia jest tutaj nieubłagana i na przestrzeni 20-30 lat uczeń nie mógł przerosnąć mistrza, nawet bardzo wiernie go kopiując.

Portugalskie okręty uzbrojone w kolubryny i bombardy zatem wprowadziłyby potężny zamęt wśród obrońców twierdzy, jednak nawet najbardziej przerażający atak nie byłby w stanie zmusić japońskiego Daimyo do złożenia broni – to kwestia honoru.

„Japonia? Płyniesz bratku na wschód, aż zobaczysz górę Fuji. Łatwo trafić.”

Ręczna broń dystansowa

Po zejściu na ląd szanse zaczęłyby się powoli wyrównywać, ponieważ do gry weszłaby bojowa gotowość obu stron. Pod tym względem, jak już ustaliliśmy, osłabieni Europejczycy chcieliby zapewne zdominować o wiele lepiej przygotowanego obrońcę, będąc jeszcze na bezpiecznym dystansie, ograniczając walkę w zwarciu do minimum.

W kategorii drzewcowej broni dystansowej, Japonia szczyci się od wieków bardzo długą i rozbudowaną kulturą łucznictwa, która podniesiona była już niemal do roli sztuki. Ich proste, ale mocne łuki były w stanie miotać strzały na odległość nieustępującą konstrukcjom europejskim, podczas gdy na Starym Kontynencie łuk ustępował już bardzo mocno kuszy i arkebuzom. Skuteczność tych obu na dystansach przekraczających pięćdziesiąt, a nawet sto metrów, była już raczej marginalna, zatem można z bardzo dużym prawdopodobieństwem założyć, że walka dystansowa na lądzie dominowana byłaby przez japońskich łuczników, którzy dzięki dużej przewadze liczebnej i zasięgowi, zasypywaliby portugalskich agresorów strzałami, nim ci desperacko zdążyliby skrócić dystans.

Kluczową w tej analizie byłaby japońska taktyka oparta na usytuowaniu pozycji łuczniczych na wzniesieniach, wieżach, murach oraz w bezpiecznych dla nich zasadzkach, w ramach bardzo sprytnie zaprojektowanych kompleksów zamkowych.

Napastnicy musieliby podczas oblężenia forsować szereg pośrednich bram, które otoczone byłyby doskonale ufortyfikowanymi dziedzińcami, zaciekle bronionymi przez japońskich łuczników.

Czy jednak taki grad strzał stworzyłby dla portugalskich rycerzy realne zagrożenie?

Pancerz wojownika

Trudno podjąć rzetelną analizę takiej militarnej symulacji bez dokładnego omówienia metod ochrony indywidualnej obu walczących ze sobą stron.

Zacznijmy od opancerzenia naszego europejskiego rycerza, który na przełomie XVI i XVII wieku w niczym prawie już nie przypomina zakutego w pełną płytową zbroję szlachcica, którego powierzchnia ciała zakryta jest niemal w stu procentach stalą.

Musimy wziąć także pod uwagę fakt, że ciężkozbrojni rycerze mieliby ogromną trudność podczas lądowania na obcym terytorium, o czym doskonale wiedzieli już w tamtych latach Portugalczycy, którzy szkolili do tych celów specjalnie przygotowane oddziały morskich piechurów – swoistych protoplastów dla dzisiejszych Marines. Byli oni zdecydowanie lżej opancerzeni w porównaniu do stereotypowego XIII-, XIV-, a nawet XV-wiecznego rycerza, a nad szczelną ochronę ciała przedkładali mobilność. To bardzo kluczowe zagadnienie, bowiem decyduje ono o przeżywalności wojownika.

Stoi to w sprzeczności z wieloma fikcyjnymi wyobrażeniami starcia średniowiecznego woja z Europy, z japońskim samurajem. Sceny w których XIII-wieczny templariusz krzyżuje swój dwuręczny miecz z kataną dalekowschodniego daimyo, to typowy, lecz zupełnie oderwany od zasad historii alternatywnej scenariusz, który choć wygląda ikonicznie, to nigdy nie mógłby się wydarzyć z przyczyn czasowych, technologicznych i geograficznych. Zatem obrazki z gry „For Honor” możemy umieścić na tej samej półce co Star Wars i Władca Pierścieni, która zapewnia wysoki poziom dobrej rozrywki, jednak znajduje się poza orbitą jakiegokolwiek historycznego prawdopodobieństwa.

Pełna zbroja płytowa, choć ikoniczna i piękna, to człowiek ją noszący w okresie bojowej świetności, nigdy nie dałby rady dostać się do Japonii, aby wyrównać z samurajami rachunki.

Stąd właśnie moja decyzja o ulokowaniu omawianej symulacji historycznej na przełomie XVI i XVII wieku, kiedy dalekie morskie podróże były już w zasięgu europejskich potęg, co dawałoby jakiekolwiek, minimalne choćby szanse zaistnienia sceny walki wojowników z tak odmiennych kręgów kulturowych. Jest to zarazem okres historyczny na tyle wczesny, aby mógł zagwarantować zbliżone szanse walczącym stronom, które w kolejnych już wiekach reprezentowały zupełnie inne tempo technologicznego rozwoju. Dwieście lat izolacji pod twardym panowaniem szogunów zrobiły z Japonii militarny skansen, którego wartość bojowa malała z każdą kolejną dekadą, podczas gdy Europa dokonywała kolejnych wojennych odkryć w dziedzinie broni palnej, taktyki oraz kultury prowadzenia wojen.

Zależy mi jednak na tym, aby ta alternatywna historia była możliwie najmocniej osadzona na kanwie prawdziwej rzeczywistości, stąd moim zdaniem początek XVII wieku pozwala na uzyskanie racjonalnego balansu między możliwością przemieszczania się na znaczne odległości, a możliwie zbliżoną technologią, pozwalającą na sprawiedliwy pojedynek z równymi szansami.

Templariusza w pełnej zbroi zatem na potrzeby tego artykułu możemy wyrzucić do śmietnika – jego pojedynek z samurajem nie miał szansy się odbyć.

Jaki zatem rynsztunek miałby na sobie portugalski żołnierz daleko od domu, u progu XVII wieku? Z pewnością nie zrezygnowałby z płytowego kirysu, który szczelnie chroniłby jego klatkę piersiową i plecy, stanowiąc pozostałość po bardzo charakterystycznym elemencie rycerskiej zbroi.

Kirysy wytwarzane były przez bardzo doświadczonych płatnerzy Europy, a w naszym przypadku w kuźniach Porto, Coimbry i Toledo, które słynęły ze stali o niezwykle użytecznych bojowo właściwościach. Płyty wykuwane przez doświadczonych kowali były bardzo sprężyste i potrafiły dzięki wypukłemu kształtowi skutecznie odbijać silne ciosy z broni ręcznej, a nawet kule z arkebuzów, zapewniając piechurom bardzo cenną ochronę na polu walki.

Choć pióropusz dawał dodatkowe punkty do stylu i zdolności identyfikacji na polu walki, tak w Japonii mógł być zbędnym elementem wyposażenia.

Naprzeciw niego stawiamy samuraja, szlachetnego wojownika feudalnej Japonii, który odziany jest w zbroję lamelkową, tj. składającą się z wielu podłużnych płytek, które połączone są ze sobą sznurem lub rzemieniem. To zupełnie inny, bardzo lekki rodzaj ochrony osobistej, którego najbardziej skuteczna, żelazna wersja, przeznaczona była tylko dla wysoko urodzonych wojowników. Szeregowi piechurzy odziani byli raczej w lżejsze, skórzane zbroje, również łączone różnymi rodzajami sznurowań i zamków.

Segmentowa zbroja samuraja bez wątpienia poprawiała jego mobilność, bowiem lamelki mogłyby podczas ruchu zachowywać się jak łuski, przesuwając wzajemnie między sobą i poprawiając zasięg ruchów, na co nie mógł liczyć wojownik z Europy.

Ci jednak w niczym nie przypominali już ciężkozbrojnego rycerstwa, zakutego w żelazo od stóp do głów, a poza ochroną tułowia stosowali już tylko lekki hełm, zakrywający czubek głowy, karwasze oraz nagolenniki – choć i one w omawiany okresie historycznym nie były już obowiązkowe. Pamiętajmy, że w kontekście Europejczyków mówimy tutaj o dalekomorskich oddziałach, które ograniczały ilość rynsztunku w ładowniach okrętów, na rzecz żywności i pitnej wody, które były kluczowe w ich sytuacji.

Mamy zatem Portugalczyka, który byłby w stanie bezkompromisowo ochronić swój tułów, pozostawiając jednak swojemu oponentowi wiele okazji do pozbawienia go głowy lub kończyny, natomiast z drugiej strony stoi japoński daimyo, którego zbroja być może i jest artystycznym dziełem sztuki, a mimo to ujawnia mnóstwo słabych punktów do penetracji mieczem lub piką.

Warto także wspomnieć o różnicach materiałowych omawianych zbroi, które dobitnie podkreślają technologiczną wyższość europejskiego kowalstwa. Sprężystość iberyjskiej stali połączona z wypukłym kształtem kirysu, hełmu oraz naramienników, czyniły z takiego żołnierza prawdziwy XVII-wieczny czołg, nienaruszalny prawie dla japońskiej techniki wojennej tamtych lat.

Nie umniejszając oczywiście legendarnych umiejętności kowalskich mistrzów z kraju Kwitnącej Wiśni, warto zagłębić się w tematykę materiału, z którego wykuwali swoje zbroje i na czym polegał mityczny już niemal fenomen tych rzemieślników. Japońscy płatnerze i kowale owiani zostali międzynarodową sławą nie dlatego, że potrafili produkować rzeczy piękne i niezniszczalne, ale dlatego, że z bardzo zanieczyszczonych rud żelaza, jakie występowały w Japonii, ciężką, wielogodzinną pracą wytwarzali skuteczną broń.

Skuteczną na własnych warunkach sztuki wojennej…

Oręż wojownika

Ostatnia z poruszonych kwestii zdaje się decydować o sukcesie lub klęsce, a związana z nią jest nie tylko sama konstrukcja, czy też technologia wytwarzania broni białej w obu z omawianych kręgów kulturowych, ale i także technika walki.

Europejski żołnierz od czasów niemal starożytnych doskonalił się w operowaniu rozmaitą bronią ręczną, od włóczni, przez długie piki, halabardy, miecze krótkie, dwuręczne, bastardowe, rapiery i szable. Zarówno stosowany materiał, jak i metody obróbki ewoluowały, pozwalając rzemieślnikom na wytwarzanie coraz bardziej skomplikowanych produktów, dostosowanych do coraz bardziej wymagających technik fechtunku oraz taktyki bojowej.

W europejskiej sztuce wojennej nie brakowało zabójczych cięć, jednak to pchnięcia decydowały często o zwycięstwie, skutecznie eliminując przeciwników z pola walki. Pod tym względem mordercza zdaje się być każda europejska broń ręczna tamtej epoki, której przekrój mocno opierał się o doskonalenie konstrukcji przetestowanych bojowo jeszcze w średniowieczu.

Nie inaczej sprawa ma się w kwestii Japończyków, którzy lwią część swojej kultury i techniki zawdzięczają Chińczykom, a którzy to swoją wynalazczością wpłynęli na kształt znanego nam świata. Dodać do ich wojowniczej tożsamości trzeba napięte stosunki z Koreańczykami i Mongołami, które bardzo mocno wpłynęły na potencjał bojowy Japonii, a także świadomy wybór szogunatu Tokugawy o późniejszym izolacjonizmie. Bushi z Kraju Kwitnącej Wiśni mieli bardzo bogatą historię wojenną, która czyniła z nich groźnych i gotowych do obrony za wszelką cenę przeciwników.

Japonia przez wiele lat targana była wewnętrznymi napięciami i konfliktami klanowymi, zanim twardą ręką zdominował wszystkich Tokugawa Ieyasu.

Aby dokładnie przeanalizować szanse obu naszych wojowników w starciu bezpośrednim, musielibyśmy szczegółowo zestawić ze sobą odpowiedniki ich oręża: europejską pikę z japońskim yari, halabardę z naginatą, sztylet z tanto lub wakizashi, a i wtedy obawiam się, że nie wyczerpalibyśmy pełni potencjału różnic obu tych rzemieślniczych i fechtunkowych obozów. Temat zdaje się na tyle skomplikowany, że prosi się wręcz o odrębny materiał, jednak podejmując się tak abstrakcyjnej symulacji historii alternatywnej, muszę pójść na pewne kompromisy – co wprowadzić do długiej listy zmiennych, a z czego zrezygnować?

Pozwólcie zatem, że zdecyduję się na bardzo duże uproszczenie, ograniczając dobór broni obu wojowników wyłącznie do mieczy, czyli najbardziej ikonicznego oręża wojownika z wieków dawnych.

Miecz znany był ludzkości od czasów prehistorii i wykonywany był na przestrzeni epok i wieków z najrozmaitszych, czasem mniej, a czasem bardziej trwałych materiałów: od drewna, kamieni, kości, przez miedź, brąz, żelazo, a na skrupulatnie wykutej stali skończywszy. To narzędzie wojny było znane rozmaitym ludom na różnych kontynentach, przyjmując odmienne formy, rozmiary i determinując bardzo różne style walki.

Europejski miecz dwuręczny na początku XVII wieku stanowił już raczej anomalię na placu boju, świadcząc o martwym przywiązaniu do tradycji lub rodowym sentymentalizmie. Techniki ograniczały się głównie do powolnych cięć od boku, okupionych nierówną walką rycerza z masą żelaza, a także do wysokich uderzeń od góry, co odsłaniało niepotrzebnie korpus wojownika. Przestarzały i ciążący przyrząd udręki, który skuteczność odkrywał co najwyżej podczas katowskich egzekucji. Nie inny los spotykał nieco mniejsze konstrukcje, tj. tzw. półtoraki, czyli miecze bastardowe, które nadawać się miały zarówno do walki jedno- oraz dwuręcznej. Te drugie skutecznie wycięły w wyniku wojen sporą część Europy i Ziemi Świętej podczas wieloletnich średniowiecznych konfliktów, jednak wraz z koniecznością przemierzania wielu kilometrów pieszo, wierzchem lub na wodzie, pojawiła się potrzeba „odchudzenia” ekwipunku woja. Od masy i pancerności, znacznie ważniejsza zaczynała być szybkość i logistyka.

Tak więc potencjalny portugalski agresor, który wylądowałby u brzegów Japonii, najprawdopodobniej dzierżyłby w broni rapier – o wiele lżejszą konstrukcję, która pozwalała na łatwe przenoszenie i stosowanie bardziej wyrafinowanych i precyzyjnych technik walki. Ponadto iberyjscy mistrzowie kowalstwa w tamtej epoce szczycili się sławną na całą Europę jakością stali, która dzięki odpowiedniej obróbce była wytrzymała na silne uderzenia, zadowalająco ostra i odporna na stępienie. Podobno wyróżniała się dodatkowo wysoką sprężystością, a wyginane w łuk miecze powracały do pierwotnego kształtu, podkreślając to, jak odpornym na czynniki dynamiczne materiałem dysponowano.

Fantastyczna broń pozwalająca na wyprowadzanie ostrych cięć, ale przede wszystkim doskonale penetrujących sztychów, które dzięki smukłej konstrukcji ostrza, bez trudu odnajdywały słabe miejsca w pancerzu przeciwnika. Technologiczny superior.

Z drugiej jednak strony stoi japoński samuraj, dzierżący owianą wieloma legendami o globalnym zasięgu katanę – dzieło wyspiarskich mistrzów rzemiosła, które dzięki wytrwałej pracy i wielokrotnie powtarzanemu procesowi kucia, prezentowało metal wolny od oryginalnie występujących w rudach zanieczyszczeń i w skali mikroskopowej perfekcyjnie uporządkowany, co objawiało się w niesamowitych parametrach. Japońscy miecznicy opracowali unikatową technikę hartowania swoich broni, polegającą na okładaniu wierzchniej strony klingi gliną, która zapewniała wolniejsze nagrzewanie i wychładzanie, dzięki czemu stal była znacznie bardziej sprężysta, w stosunku do strony ostrej, która podlegała ekstremalnemu wręcz hartowaniu. Tak spreparowana klinga była niesamowicie twarda i odporna na tępienie jako ostrze, ale przy tym wystarczająco wytrzymała dzięki sprężystemu rdzeniowi.

Za bezkompromisowością katany stoi jednak ukryta jej największa wada, a mianowicie kruchość, na którą narażone są materiały o zbyt dużej twardości. W tym kontekście ostry niczym brzytwa miecz stałby się jedynie eleganckim eksponatem, lub co najwyżej narzędziem do kontrolowania zbuntowanego japońskiego chłopstwa, bo bez dwóch zdań przegrałby test parowania z europejskim rapierem, który dzielnie zniósłby pierwsze uderzenie, dewastując przy tym misternie wyostrzoną krawędź tnącą katany.

Analiza materiałowa znalezisk z epoki wskazuje, że niższa przeciętnie o 10-20 HRC twardość ostrza europejskiego miecza, korzystnie wpłynęłaby na jego starcie z japońskim, który po prostu mógłby nie być zdolny do odparcia drugiego uderzenia, a bezbronny wojownik to martwy wojownik.

Załóżmy jednak, że lżej opancerzony i dobrze znający warunki własnego terenu samuraj zaatakowałby portugalskiego żołnierza jako pierwszy, to czy byłby w stanie wyeliminować go w sekundę z walki, co tak namiętnie pompuje w nas popkultura? Czy ten legendarny bushi w ataku bojowej modliszki mógłby pozbawić europejskiego rycerza życia, udowadniając wyższość techniki nad technologią?

Zdecydowanie mógłby to zrobić. Nie ujmowałbym jednak tutaj niczego europejskim technikom fechtunku, które o wiele lepiej moim zdaniem były przygotowane na pełne wykorzystanie dzierżonego przez wojownika oręża. Skupiłbym się natomiast bardziej na taktycznej możliwości wykorzystania przez Japończyków elementu zaskoczenia oraz faktu, że portugalski piechociarz mógłby mieć nieco bardziej odsłonięte kończyny lub szyję, co stwarzałoby pole do wykorzystania wypracowanych do mistrzostwa technik cięcia.

I właśnie te cięcia zdają się być niestety znamieniem epoki samurajów, którzy historycznie rzecz biorąc, musieli skupiać się głównie na tłumieniu wewnętrznych niepokojów, tj. na tępieniu niepokornego chłopstwa, czy eliminowaniu wrogich klanów. Była to wbrew owianemu w legendy kodeksowi bushido walka nierówna – dobrze uzbrojonego przedstawiciela klasy wojowników, z często niezorganizowanymi i pozbawionymi bojowego sznytu buntownikami. Daimyo i jego samurajowie często dosiadali wierzchowców i mieli bardzo wysoką rangę w społeczeństwie, która uprawniała ich do posiadania katany, co regulowało dawne japońskie prawo. Starcia na równych warunkach miały zazwyczaj wymiar honorowy.

Tak narodziła się katana, narzędzie wojny do cięcia o wiele słabiej opancerzonych oponentów; precyzyjna brzytwa do mordowania zbuntowanego (a zatem niehonorowego) gminu, stąd też „mit” o honorze samuraja, który stoi na straży porządku i sprawiedliwości…

Świat w rzeczywistości nigdy nie był i nie jest czarno-biały, zatem i w podobnych okolicznościach dojrzewało europejskie rycerstwo, które zamiast bronić bezpieczeństwa słabszych, służyło raczej interesom możnych, którzy spierali się między sobą i także wyżynali chłopstwo, jak robili to samurajowie tysiące kilometrów dalej.

Historia okrucieństwem pisana…

Jaką jednak istotną przewagę wypracował swoją techniką i orężem europejski knecht? Pchnięcia, które były w stanie przebijać skórę, kolczugi, a nawet stal – zadając śmierć w sekundę. Mało kto jednak rozpatruje osiągnięcia zachodniej kultury wojennej w kategoriach sztuki, tak jak często ma to miejsce w odniesieniu do samurajów. Faktem jednak jest to, że nasz portugalski żołnierz na japońskiej ziemi byłby znacznie bardziej zaawansowany bojowo pod względem technologii i wyszkolenia od swojego oponenta, który miałby problem zarówno ze sparowaniem uderzenia, ale także i obroną przed pikującą w jego pierś końcówką rapiera.

Ostrze katany stępiłoby się po kilku uderzeniach w klingę europejskiego miecza i nie spełniałoby już swojej morderczej funkcji, o ile w ogóle zachowałoby swoją integralność. Technika cięć mogłaby być skuteczna tylko wtedy, jeżeli europejski żołnierz dałby się zaskoczyć na polu walki, odsłaniając ręce, nogi lub szyję. We frontalnym starciu i przy zachowaniu gardy Portugalczyka, wykonanie pojedynczego zabójczego ataku byłoby niemożliwe, krawędź katany nieskutecznie tańczyłaby po wypukłej powierzchni kirysu.

Wizja nieco abstrakcyjna w formie, jednak w pewnym stopniu oddaje ducha tej symulacji.

Europejski styl walki, który byłby bogatszy o dodatkowe elementy, wynikające z tnąco-kłującej konstrukcji miecza, dewastowałby o wiele słabszą zbroję samuraja, tnąc wiązania lamelek, znajdując nieosłonięte przerwy, a nawet przebijając płytki. Połamana katana oczywiście nie złamałaby walecznego ducha Japończyka, który nie zawahałby się dokonać samobójczej szarży, jednak jego smutny koniec byłby ostatecznym dowodem na technologiczną przewagę wojenną Europy w tamtym okresie.

Podsumowanie

Historyczne realia były jednak o wiele bardziej złożone i zdaję sobie sprawę, że tak wybiórcze przedstawienie elementów, składających się na tą wymyśloną potyczkę, może być krzywdzące. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, że moim celem nie było ujmowanie efektów pracy historyków i kulturoznawców, którzy zapewne mogliby rozwinąć ten temat do wielotomowego opracowania. Ja jednak, ograniczony blogowymi ramami, zdecydowałem się na ogromną ilość uproszczeń technologicznych i taktycznych, aby móc przedstawić kontekst historii alternatywnej w nieco szerszym, ale możliwie racjonalnym spektrum.

W skali inżynierii i taktyki zapewne moja wizja starcia rycerza z samurajem mogłaby mieć w rzeczywistości opisany wcześniej finał, w którym europejski wojownik mógłby tryumfować nad japońskim samurajem, jednak pamiętać musimy, że wojen nie wygrywali pojedynczy żołnierze, ale całe armie, wraz ze swoim zasobem ludzkim i logistyką.

W skali strategicznej zatem nie możemy mówić o żadnym europejskim sukcesie w analizowanej symulacji, ponieważ liczba dostarczonych do Japonii żołnierzy oraz zaopatrzenia nigdy nie zrównałaby się z potencjałem wojennym Tokugawy. Nawet jeżeli naszej domniemanej ekspedycji udałoby się zdominować jedną japońską twierdzę, to rychło stanęłaby ona przed dylematem – odwrót lub śmierć. W kontekście wymagań dalekich zamorskich wypraw, zapewne moglibyśmy postawić znak równości między oboma tymi opcjami, co tylko podkreśliłoby fiasko całego przedsięwzięcia.

Historia sama uczy nas tego, że pomysł analizy podobnego zagadnienia jest absurdalny, o czym świadczy fakt, że w omawianych czasach do takiego zdarzenia nie doszło.

Chciałbym również okazać wyrazy szacunku do wszystkich miłośników historii, którzy zapewne o wiele lepiej i z większym zaangażowaniem przedstawiliby szczegóły tego fikcyjnego starcia, dzięki gruntownej wiedzy o broni i zbrojach. W tym miejscu chciałbym wspomnieć o moim cichym duchowym mistrzu, Panu Czesławie Zabiegło, który dzięki swojej przepięknej książce o zbroi japońskiej zainspirował mnie to napisania obu artykułów. Zapewne on i wielu innych specjalistów, skarciło by mnie za aż takie spłycenie obronnego aspektu zbroi samuraja oraz bojowości jego oręża, ale przy moim obecnym stanie wiedzy taki szacuję wynik starcia.

Technicznie wygrałby Europejczyk, jednak strategicznie nie miałby on szans z japońskim gniewem,

Dodaj komentarz