Końcem stycznia sercem moim targnęła wiadomość mailowa z serwera World of Tanks US, że moje konto z uwagi na wieloletnią nieaktywność zostało usunięte. Długo nie potrafiłem sobie przypomnieć dlaczego zarejestrowałem się w przeszłości do serwera amerykańskiego, zatem informacja ta nie powinna mieć dla mnie jakiegokolwiek znaczenia… A jednak.

Wargaming uświadomił mnie o tym, w jak surowym świecie żyjemy, a nawet ten cyfrowy świat czołgów zwyczajnie nie trwa wiecznie. Nie minęły może dwa miesiące odkąd obwieściłem na niniejszym blogu o tym, że WoT w moich oczach jest grą zepsutą, w której nie zamierzam już marnować czasu, a już w mojej świadomości wzrastać zaczęła pewna obawa.

Gram w „tanki” od szkoły średniej, a wystarczy jedynie parę lat przerwy, aby to wszystko utracić na zawsze?

Piętnaście lat niezobowiązującej rozrywki, która przykuła mnie do monitora na dobre dziesięć tysięcy potyczek. Ta pasja z odkrywania kolejnych pojazdów oraz fascynacja militarnymi konstrukcjami z dawnej epoki, były dla mnie paliwem przez niemal połowę mojego życia.

Podobno gdy coraz częściej spoglądamy na otaczający nas świat z nostalgią, to jest pierwsza oznaka tego, że zwyczajnie się starzejemy. Ja jednak to ostatnie słowo zamieniłbym na – „dojrzewamy”. Do wielu istotnych decyzji dochodzimy na drodze wyboistych doświadczeń, niestabilnych emocji i częstego zmieniania zdania. I nic w tym złego.

Nawet w pozornie niezobowiązującym świecie gamingu nasze młodzieńcze niekiedy decyzje, potrafią kształtować charaktery w życiu dorosłym, gdy odpowiadamy za innych i musimy opłacać rachunki. Wówczas ta pierwsza potyczka za sterami czołgu M3 Stuart, odegrana jeszcze w zupełnie innych realiach, nabiera wytrawnego smaku, szlachetnej patyny, która pozwala pociągnąć silnie za wodze dorosłości.

Kim byłbym teraz, gdyby nie World of Tanks?

Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, bo przez pierwsze chwile w grze nawet nie przypuszczałem, że kiedykolwiek może mi się ona spodobać. Nie wiedziałem dokąd jechać, ani jak radzić sobie z napierającymi na mnie przeciwnikami. Walczyłem z lagującym internetem oraz oraz rozpadającym w kawałki pecetem, a ogrom nowych informacji do przyswojenia zwiastował rychłe zderzenie ze zbliżającą ścianą. Ta gra była po prostu inna od tych, z którymi do tamtego czasu miałem do czynienia.

A jak wygląda moja dzisiejsza rozgrywka w WoT? Internet prastary, kablem telefonicznym wodzony, a 11-letni niemal laptop bije rekordy resursu. Rosnące z każdą aktualizacją obciążenie sieci i sprzętu sprawiają, że nostalgiczny przejazd T-34 po Malinówce staje się spektaklem FPS-dropów i lagów, które sprawiają, że mimowolnie topię kadłub maszyny w jeziorze (a pamiętam jeszcze stare czasy, gdy archaiczny silnik gry nie umożliwiał wpadnięcia do wody).

Są to między innymi te czynniki, które zadecydowały o tym, że jeszcze niedawno nie chciałem mieć już z tą grą nic wspólnego…

Nic wspólnego z połową swojego dotychczasowego życia?

Jakże absurdalne nieraz decyzje podejmuje człowiek w gniewie. I tak oto powróciłem po raz kolejny na łono Pancernego Abrahama, który nie oszczędza, ale mimo to wzbudza wspomnienia.

Kilkunastoletnia lekcja pokory, cierpliwości, ale także i umiejętności cieszenia z wielu małych i pozornie nieistotnych rzeczy. Dla dusigrosza moja kolekcja czołgów premium będzie epopeją o zmarnowanych pieniądzach, lecz dla mnie to cyfrowe trofea, świadczące o tym, że już od bardzo wielu lat miałem pasję i bogatą wyobraźnię, którą rozwijały obraz, technika i historia.

Dodaj komentarz