Internet pierwszej dekady XXI wieku należał do milenialsów. Pewność siebie, ambicja i wysokie oczekiwania już w połowie drugiego dziesięciolecia nowego milenium stały się memem pokolenia, które wówczas „z buta” wchodziło w dorosłość, łaknąc najlepszych kąsków, które serwował świat. Wysokie stanowisko w wielkiej firmie oraz idące wraz z nim pokaźna pensja i wpływy to podstawa marzeń wielu przedstawicieli moich rówieśników, którzy na szczycie swojej drabiny potrzeb dokładali także piękny dom i luksusowy samochód. Pieniądz i władza były już nie tylko ambicją, jak w przypadku naszych rodziców – przedstawicieli generacji X, ale narzędziem do osiągnięcia życiowego szczęścia – miarą sukcesu, który „się należał”…

Milenialsi myśleli i pewnie są przekonani do tego nadal, że ich celem nadrzędnym jest przede wszystkim wielki zawodowy i materialny sukces, będący owocem edukacji i wzmożonej pracy.

Jakże obce są to dla mnie wartości.

Umowna granica

Socjologowie przyjmują, że przedstawiciele milenialsów rodzili się w latach 1981 – 1995, zatem metrykalnie (rocznik 1993) przynależę do tej dumnej i ambitnej generacji ludzi, którzy gotowi są walczyć aby odnaleźć życiowe szczęście w widzialnym bardzo dobrze sukcesie.

Karykatura opisanego jednak wyżej zjawiska odstrasza mnie do tego stopnia, że nakłania tym samym do wnikliwej analizy – kim tak naprawdę w tym świecie jestem? Kim chcę być?

A może powinienem raczej zapytać – gdzie chcę być?

To pytanie (tak sądzę) zadaliby raczej ludzie młodsi ode mnie, choć ktoś taki jak ja – człowiek pogranicza, ma raczej trudność z odnajdywaniem przynależności i szukania punktów w powszechnych schematach.

Chciałbym mimo wszystko podzielić się z Wami swoimi skromnymi przemyśleniami o tym, dlaczego czuję silniejszą więź z pokoleniem Z i wewnętrznie wyznaję jego wartości.

Underconsumption

Konsumpcjonizm to ślepa uliczka w sposobie pojmowania celu naszej egzystencji. Kapitalizm w swojej zdegenerowanej formie uczył naszych rodziców, że „pracować” to „mieć”. Zmiany ustrojowe w naszym państwie na przełomie lat 80. i 90. doprowadziły do niekontrolowanej eksplozji chęci posiadania, która oczywiście wiązała się z koniecznością wzmożonej pracy w wolnorynkowej rzeczywistości. Szczytem życiowego szczęścia wynikającego z osiągniętych sukcesów było przekuwanie materialnego efektu zarobkowania na domy, mieszkania, samochody i inne dobra, które dla wcześniejszych pokoleń żyjących w Polsce były poza zasięgiem.

Generacja X i później Y (milenialsi) zachłysnęła się pozorną wolnością wyboru rzeczy, nie zauważając, że ekonomiczny i światopoglądowy system odarł ją z cennego zasobu – czasu. Ta współczesna forma niewolnictwa pudrowana jest niejako łatwą dostępnością wielu mniej lub bardziej cennych rzeczy, które czekają na swoich nabywców.

Posiadane dobra stały się bezpośrednim wskaźnikiem sukcesu i luksusu, do którego tak bardzo wyzwoleni spod buta komunizmu ludzie dążyli. Odgórnie zaprogramowany schemat, żeby mieć, aby coś znaczyć – pokazać, aby być szanowanym. Paranoja.

Pod-konsumcja to świadomy i oddolny ruch młodych ludzi, którzy zdecydowali się ukierunkować swoje priorytety na to, co jest naprawdę ważne, bez powielania zgubnych wzorców swoich rodziców i dziadków. Underconsumption w swoich założeniach ma na celu kwestionowanie wszechobecnego marketingu, który krzyczy z każdej strony w kierunku naiwnych konsumentów o tym, czego zdaniem producentów i sprzedawców ich odbiorcy chcą. Kupowanie „na zapas” lub z powodu promocji, którymi steruje się popytem to zgubne zjawisko marnowania zasobów na rzeczy niepotrzebne, a których wyprodukowanie tylko niszczy środowisko.

Pokolenie Z stawia coraz częściej na dobra wyższej jakości, które mogą być przydatne na dłużej, unikając tym samym wielu zbędnych wydatków. Rynek odzieży second hand kwitnie w najlepsze, bo młodzi ludzie rozumieją już, że przepełniona szafa nie służy konsumentom. Umiejętność postawienia sobie pytania „czy ta konkretna rzecz jest mi naprawdę potrzebna?” jest kluczowa do zmiany światopoglądu i uwolnienia się od łakomych korporacji.

Mieć mniej to bardziej być.

Conscious unbossing

Powyższy termin jest bardzo trudny do bezpośredniego przetłumaczenia, jednak rozumieć należy go bardzo dosłownie – jako świadomą rezygnację z bycia szefem.

Wśród wchodzących na rynek pracy przedstawicieli pokolenia Z coraz powszechniejszy staje się pogląd, że stanowiska kierownicze w firmach wiążą się z ogromnym stresem i odpowiedzialnością, za którymi nie idzie adekwatne wynagrodzenie. W oczach „zetek” młodzi milenialsi, którzy zdążyli już dorobić się w swojej karierze stanowisk managerskich niższego i średniego szczebla tak naprawdę cierpią z powodu potężnej presji z góry, walcząc o wyniki i odzierając się z wolnego czasu kosztem naiwnej „dostępności pod telefonem”.

Pogoń za awansami to niejako znak rozpoznawczy generacji Y, której wpojono przez starsze pokolenia, że pieniądze, władza i związany z nimi prestiż to miara sukcesu i gwarancja szczęśliwego życia. W praktyce jednak w większości przypadków jest to harówka ponad siły i służalcze wyzbycie się resztek asertywności w stosunku do szefostwa, które poganiane jest chorą ambicją środowiska i wyścigiem szczurów.

Myślenie, że „jeżeli nie dam z siebie odpowiednio dużo, to ktoś inny zostanie nagrodzony” na szczęście coraz szybciej wychodzi ze słownika młodych ludzi, którzy szukają odpowiedniego kierunku dla swojej kariery. Ta przecież nie musi być postrzegana w kontekście filozofii firmy, dla której pracujemy zarobkowo, a może raczej koncentrować się bardziej poziomo – w bezpośrednim obszarze aktualnego operowania. Zamiast nieustannie spoglądać w górę za awansem i frustrować się z powodu napotkanego szklanego sufitu, młodzi pracownicy myślą raczej o wyrażaniu siebie poprzez indywidualny rozwój umiejętności, które podkreślą jego unikalność na rynku pracy.

Różnorodność to modny korporacyjny slogan i niestety wiele firm spłaszcza jego znaczenie wyłącznie do kwestii płci, rasy i orientacji, nie szukając dodatkowych walorów w unikalnych kompetencjach pracowników, hodując tym samym armię potulnych klonów gotowych do wzmożonej pracy dla marchewki na zbyt długim kiju.

Walka o awanse w pracy przestała być ważna w momencie, gdy szeregi firm zaczęły być zasilane świeżym spojrzeniem młodych ludzi, którzy z roku na rok coraz silniej będą wpływać na kulturę wewnętrzną wielu organizacji, a tylko mądrzy pracodawcy już teraz są tego świadomi i intensywnie się do tej zmiany światopoglądowej przygotowują.

Nie trzeba być kimś wielkim, aby mieć znaczenie dla grupy.

Downshifting

Pojęcie „wrzucenia niższego biegu” nie jest nowe i jego źródeł można doszukiwać się w świecie zachodnim już w latach 90. , ponieważ już wtedy zjawisko zawodowego wypalenia było bardzo zauważalne. To bezpośrednia pochodna opisanych powyżej zjawisk, która swój wyraz znalazła w społecznym krzyku – „mamy już dość tej gonitwy”.

Odnoszę wrażenie, że polskie społeczeństwo nie dojrzało jeszcze w pełni, aby rozumieć wszystkie zagrożenia idące za nieustanną pogonią za pieniądzem i wpływami… Wielu moich rówieśników wciąż stawia w swoim życiu na dobrze znane kamienie milowe, które pragną osiągnąć – budowa własnego wymarzonego domu, nowy samochód na kredyt i coroczne wczasy za granicą. Jeżeli ktoś z nich jeszcze nie ma dzieci, to oczywiście ilość wyjazdów jest intensywniejsza. Nie mam rzecz jasna im nic do zarzucenia, ponieważ jesteśmy wolnymi ludźmi, jednak odczuwam pewien smutek, patrząc na tych utrudzonych milenialsów, którzy zasuwają w pocie czoła, aby móc sobie pozwolić na nieco zbyt wysoki poziom życia.

Zadłużenia wywierają na nich konieczność osiągania jak najwyższych zarobków, aby móc pokryć finansowe zobowiązania, a tuż po firmowych obowiązkach przychodzi często czas na pracę w domu, aby oszczędzając pieniądze, samodzielnie wszystko „ogarnąć”. Nieustanna praca i pogoń za marzeniami skupionymi wyłącznie wokół dóbr materialnych – trudno w takich warunkach nie oszaleć…

Dlatego właśnie pojawił się nurt „niższego biegu”, którego główną ideą jest uświadomienie ludzi o zgubnym wpływie przesadnej produktywności i nauczenie umiejętności stawiania racjonalnych granic, których przekroczenie jest szkodliwe dla psychiki człowieka.

Kluczowa jednak jest akceptacja faktu, że pracując mniej intensywnie, nie osiągniemy tak spektakularnych wyników, jednak zyskujemy coś o wiele cenniejszego od pieniędzy – zdrową głowę.

Wrzucenie niższego biegu można bezpośrednio powiązać z poprzednim terminem, tj. świadomym „odszefowaniem”, ponieważ dla wielu ludzi rezygnacja z ważnego stanowiska w pracy i dobrowolna degradacja w strukturach firmy (kosztem zarobków) to jedyna droga do osiągnięcia zdrowego work-life balance.

Każdy z nas ma inną wrażliwość i podatność na niekorzystne czynniki, jednak ważne jest to, aby poznać swoje granice i bezpiecznie wyznaczyć priorytety.

Po raz kolejny mniej mieć to bardziej być.

Slow productivity

Nie mylić z „low productivity”, bo nie o nieróbstwie tu mowa, a o tempie realizowania zadań. Spora część zwierzchników i innych decyzyjnych osób może się na ten termin skrzywić, ale faktem jest, że pokolenia sprzed ery Z miały spory problem z wypaleniem zawodowym, które jest zjawiskiem destruktywnym w budowaniu poważnych i długodystansowych projektów.

Do tej pory powszechnym rozumowaniem w dużych organizacjach było traktowanie ich członków jako odtwórców prymitywnych zadań, a ich pracowitość mierzona była ilością wypełnionych zleceń bądź wykonanych rzeczy. Nasza rzeczywistość jednak ulega stałemu rozwojowi i obecni pracownicy odpowiedzialni są za coraz bardziej złożone sprawy, które wymagają od nich szczególnego poświęcenia, także w wymiarze czasowym.

Coraz trudniej być zarówno produktywnym i kreatywnym, bo niestety pokutuje nadal podejście szefów, że osobom szczególnie wydajnym deleguje się więcej pracy i przerzuca na nich więcej odpowiedzialności. To zgubne myślenie, które nie tylko negatywnie wpływa na morale w zespole, ale także degraduje motywację jednostek, które tworzą społeczność.

Powolna produktywność to podejście zdające się być lekiem na omawiane zjawisko „kultury zapie*dolu”, ponieważ stawia się w niej nie na ilość wykonywanych zadań, a na jakość efektów pracy. Nieprzeciążeni pracownicy mogą lepiej skupić się na wykonywanych czynnościach, a nawet rozbudzać w sobie cenne pokłady kreatywności – tak wartościowe w wielu obecnie rozwijających się branżach.

Nawiasem mówiąc, błędnie w procesach kreatywnych zawierza się nadzieje w sztucznej inteligencji, ludziom jednak zostawiając to co niemożliwe jest do wykonania dla maszyny, ponieważ tendencja z definicji powinna być odwrotna. Niekreatywne i powtarzające się czynności powinny być oddawane algorytmom, które się nie męczą, a kreatywność powierzyć należy organicznej tkance każdej organizacji.

To nie tylko podejście przedstawicieli pokolenia Z wpływa na prawidłową przemianę myślenia, ale same decyzyjne osoby (jeszcze wciąż w przeważającej większości reprezentanci starszych generacji) muszą zrozumieć, że zatrudniony człowiek to nie wyrobnik, którego zasypać trzeba pracą, a raczej jednostka twórcza, która potrzebuje optymalnych warunków do uwolnienia pełni potencjału.

Wolniej znaczy lepiej.

Małe sukcesy

Czytając ten wpis niektóre osoby (zwłaszcza urodzone przed 1990 rokiem) mogą ulec mylnemu wrażeniu, że pokolenie Z to ludzie pozbawieni ambicji i niechętni do pracy, którzy gotowi są do rezygnacji z wielu aspektów świadczących o dobrym statusie społecznym, byle tylko nie wymagano od nich zbyt wiele.

Na tym właśnie polega klasyczna luka pokoleniowa, w której starsi nie rozumieją młodszych, a ci drudzy chcą za wszelką cenę odciąć się od sposobu życia pokolenia rodziców. W tym starciu nie ma zwycięzców i pokonanych dopóki nie ma wzajemnego zrozumienia i szacunku.

To jednak całkowita nieprawda, że młodzi ludzie rezygnują z sukcesu, ponieważ tak jak wszyscy ludzie w historii świata, dążą do określonego rozwoju. W tym przypadku jednak nie opiera się on o sztywno określone przez społeczeństwo kamienie milowe w życiu człowieka, które budują tradycyjny światopogląd pokoleń poprzedzających generację Z, a skupiony jest na indywidualnych mniejszych celach, które wynikają z osobistych motywacji i pragnień.

Sukces w przyszłych czasach nie będzie mierzony poziomem wynagrodzenia, metrażem domu lub ceną posiadanego samochodu. Te kwestie oczywiście również pozostaną istotne dla życia, ale nie będą stanowiły celu samego w sobie, a staną się co najwyżej środkiem do realizacji indywidualnych „punktów programu”. A te wcale nie muszą być spektakularne i zajmować połowy życia.

Planowanie krótkoterminowe może pomóc w skupieniu się na chwili i odnajdywać szczęście w przyziemnych sprawach, które umykać mogą osobom zbyt bardzo skoncentrowanym na dużym celu.

Jadąc wolniej, zajedziesz dalej.

Zmierzch dawnych generacji

Obecnie możemy spotkać się z opiniami wielu społecznych sceptyków, którzy w pokoleniu Z dopatrują się znacznego upadku wartości, który akceleruje cywilizacyjną katastrofę, jednak dla mnie są to jedynie jęki wieszczów dawnych epok, którzy nie rozumieją nowej rzeczywistości.

Zgubnego systemu wartości dopatruję się właśnie w życiowych priorytetach dyktowanych przez reprezentantów dawnych generacji, którzy kurczowo trzymają się pojęcia „mieć” i z oporem i lękiem spoglądają w kierunku słowa „być”.

To prawda, że rozpędzony świat coś w swoim człowieczeństwie zatracił, bo wystarczy tylko spojrzeć na pokolenie ludzi urodzonych w czasie drugiej wojny światowej, którzy dorastali w bardzo trudnych okolicznościach, a które to ukształtowały ich silne charaktery, budując godną podziwu moralność. To pokolenie lojalnych ludzi zastąpione zostało przez baby boomerów, którzy w realiach demograficznego piku musieli rywalizować, aby cokolwiek osiągnąć.

Ta konieczność „osiągania” właśnie stała się motorem napędowym dla późniejszego pokolenia – X, którego ideologię wytrwałego dążenia do sukcesu widać obecnie w zarządach wielkich korporacji. To bez wątpienia generacja, która doświadczyła potężnych przemian politycznych i ekonomicznych, co odbiło się silnie na jej sposobie postrzegania świata. Milenialsi stali się niejako roszczeniowym wynaturzeniem „ludzi pracy”, którzy w bardzo szybki sposób pragnęli osiągnąć spektakularną korzyść i wpływy, nawet kosztem rodziny i społecznych relacji.

Czy ten obraz jest budujący?

Generacja Z dla wielu pozostaje zagadką, jednak dla mnie to powiew świeżości i zdrowego myślenia o sobie i prawdziwych życiowych wartościach, które są w stanie na długie lata budować stabilne i bezpieczne społeczeństwo szczęśliwych ludzi, dla których nie ma miejsca na pogoń za sukcesem za wszelką cenę.

Zgubnych konsekwencji pokoleniowych przemian zatem nie powinniśmy dopatrywać się w młodych ludziach, którzy rezygnują z ideologii narzucanej przez społeczeństwo rodziców i dziadków, a raczej w niewłaściwym i krytycznym sposobie postrzegania tego co nowe przez ignorantów.

Mądrzy ludzie są w stanie dostrzegać te zmiany i edukować się, aby móc dokładnie zrozumieć potrzeby nowego pokolenia, w którym jest przyszłość, a nie zguba. Stoimy obecnie w trudnym cywilizacyjnie momencie, który jest przestrzenią dla wielu tarć i nieporozumień, jednak kierunek tych zmian przez generację Z jest już narzucany, a kretynem jest ten, kto tych transformacji dostrzegać nie chce.

Od Y do Z

Starzeję się i zaczynam powoli nie nadążać za modą i gustami muzycznymi aktualnych młodych dorosłych. Pozostałem pod tym względem w estetyce moich rówieśników, którzy wierni są temu co świadczyło o czasach ich młodości, a zatem i mojej.

Trudno mi jednak czuć jakąkolwiek więź z poglądami i sposobem życia milenialsów, które uważam za zgubne. O wiele bardziej jestem w stanie odnaleźć się w kulturze „small” i „slow”, która pozwala mi cieszyć się z małych rzeczy i czuć szczęście z życia takiego jakie mam.

Sądzę, że przynajmniej niektóre punkty filozofii życia generacji Z zdałyby się zbawienne dla wielu sfrustrowanych i zapracowanych ludzi, właśnie dlatego też czuję sercem, że do tego pokolenia sam bardziej należę.

Jedna odpowiedź do „Zmierzch milenialsa, czyli jestem gen Z, ale urodziłem się zbyt wcześnie”

  1. […] O tych światopoglądowych różnicach pisałem już na tym blogu wcześniej w dedykowanym wpisie. […]

    Polubienie

Dodaj komentarz