Wizjoner i twórca monumentalnych dzieł, które wyznaczały kamienie milowe historii kina, Ridley Scott bez wątpienia zasługuje na miano jednego z największych reżyserów współczesnego filmu. To reżyser, który z pietyzmem i ogromnym szacunkiem do historii potrafił budować fabułę i postaci, które na dobre przeszły już do kanonu i stanowią punkt odniesienia dla wielu artystów oraz krytyków.
Doskonale pamiętam, jak ogromne wrażenie wywarł na moim młodocianym umyśle pierwszy Gladiator, który przez kolejne dekady stanowił swoją własną klasę kina historycznego, a nawet przez lata walcząc z trylogią Władca Pierścieni Petera Jacksona o pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu ulubionych filmów.
Królestwo Niebieskie, które w niesamowity sposób opowiedziało historię rycerza bez skazy, przez bardzo długi czas formowało charakter i moralność młodego mężczyzny, który potrzebował ideałów z krwi i kości. Któż nie chciałby w wieku dwudziestu lat stać się Baliamem?

Jak zatem pogodzić ten obraz monumentalnego kina historyczno-heroicznego z drugą częścią Gladiatora, w której Ridley Scott zrobił wszystko, aby pokazać światu, jak bardzo nienawidzi autentyczności i prawdy? Jak zrozumieć fakt, że ikona i niedościgniony wzór każdego reżysera ceniącego sobie rozum i godność odbiorców, na stare lata stał się tanim jarmarcznym efekciarzem, który pluje na nasz szacunek i miłość do historii?
Postęp cywilizacyjny to moralny regres
Czy tło fabularne Gladiatora II jest bardzo złe, a może to kreacja postaci jest słaba i decyduje o mojej niskiej ocenie tego dzieła, które przez długi czas oczekiwało u mnie na liście rezerwowej i przez ogólne medialne bagno nie chciało jej opuścić? Trudno bowiem przełamać wewnętrzną blokadę, gdy wszyscy znajomi wokół krytykują sequel, który twoim zdaniem po prostu w ogóle nie powinien mieć miejsca.
Pierwszą część Gladiatora uważam całkowicie za kompletną i jedyną, która nie potrzebowała kontynuacji, bowiem jej temat został po mistrzowsku wyczerpany, dzięki czemu możemy mówić o niej jak o najlepszym filmie w historii kina. Takie dzieła nie potrzebują kontynuacji ani dopowiedzenia, ponieważ w całości zamykają obraz, który w owym czasie reżyser starał się nam pokazać i za to właśnie go kochamy i szanujemy.

Mimo to jednak nadarzyła się niezobowiązująca okazja do zapoznania się z częścią drugą, po której obejrzeniu niestety już czuję się zobowiązany do kilku słów komentarza.
Pomimo mojej negatywnej oceny, nie uważam tego filmu za tragiczny, bowiem zaangażowano w jego tworzenie aktorów, którzy naprawdę starali się dać z siebie wszystko, aby kreowane przez nich postaci budziły w widzach określone emocje – współczucie, podziw, ale także i lęk oraz obrzydzenie. Nie doświadczymy oczywiście wielowarstwowych charakterów, bo Ridley Scott przyzwyczaił nas już do swojego standardu, gdzie bohaterowie są przedstawieni wprost, a intrygi ukazywane są raczej powierzchownie i muszą być łatwe do zauważenia i zrozumienia. To taki typ filmu, w którym odbiorca nie musi się niczego domyślać, ale mimo to tworzy porządną i solidną całość.
Sama fabuła także moim zdaniem jest akceptowalna, choć nadal uważam ją za niepotrzebną, ponieważ dobra historia oryginału broni się świetnie nawet po ćwierć wieku i nie potrzebuje kontynuacji. Mimo moich osobistych uprzedzeń do odgrzewania kotletów, traktuję historię głównego bohatera za względnie ciekawą i nawet są w niej momenty, gdzie chce się mu kibicować. To oczywiście inna opowieść, która mija się z oryginalną bohatersko-cierpiętniczą odyseją Maximusa, ale dobrze wchodzi w klimat chaosu antycznego Rzymu na krawędzi upadku.
Choć większość historii jest względnie komsumowalna, to jednak jej zakończenie niestety uważam za generyczne i całkowicie zmarnowane, które wydaje się pospiesznie zszyte ze strzępków losowych scen, co do których Scottowi najwyraźniej zabrakło pomysłu. Odnosząc tą kwestię do oryginalnej historii właśnie, nietrudno zauważyć, że podstarzały reżyser zapomniał już jak z klasą zakończyć epicki spektakl, który stanie się legendą.

Nie to jednak uważam za najgorsze. Ridleya Scotta zgubiło bowiem to, czego jego zdaniem zabrakło mu przy tworzeniu oryginalnego Gladiatora, a przez co musiał ograniczyć się do znacznie bardziej umiarkowanych elementów, które swoją drogą zbudowały autentyczność filmu – mowa o efektach specjalnych. Te w sequelu wyglądają wręcz komicznie i karykaturalnie, a niektóre z decyzji reżysera jawnie obnażają jego starczy brak szacunku do rozumu i godności każdego miłośnika historii.
Starszy pan dał upust swoim głupim i tanim hollywoodzkim fantazjom, które musiał dusić przy tworzeniu pierwszego Gladiatora tylko dlatego, że CGI wyglądało wówczas jeszcze na tyle abstrakcyjnie i nienaturalnie, że wychodziło poza granice estetycznej akceptacji. Tak oto mamy teraz gladiatora ujeżdżającego nosorożca niczym legendarna postać z World of Warcraft, ku uciesze niedojrzałych i ceniących sobie tanie, kiczowate efekty odbiorców.
Czy zatem stary Ridley Scott nie nadaje się już do reżyserowania dobrych filmów, które będą potrafiły na lata zapaść w pamięć i wzbudzić jakieś emocje?
Ja uważam, że się nadaje i doskonale to pokazał ekranizując Ostatni Pojedynek, w którym udało mu się pokazać jak niewielkie detale potrafią zbudować potężną intrygę, pełną niedomówień, półprawd, nieufności i brutalnej siły. Bardzo serdecznie polecam wszystkim ten film.

Co zatem stało się w umyśle wielkiego reżysera, że postanowił odlać się na subtelność i autentyczność, a w jej miejsce wstawić komputerowe małpy, nosorożce i rekiny w Koloseum? Pieniądze.
Wspomniany wcześniej film o francuskich rycerzach okazał się niestety finansową klapą, a sam Scott winą za tą porażkę obarczył właśnie widzów, którzy jego zdaniem w dobie internetu i telefonów nie nadają się już do odbierania wysublimowanych treści. Mocne stwierdzenie, z którym trudno ma się nie zgodzić każdy, kto choć odrobinę analizuje inżynierię społeczną, jaką fundują nam big tech korporacje. Nie zmienia to jednak moim zdaniem faktu, że pracując na swoją wielkość i markę, nie można upadać w jarmarczną taniochę pod wpływem chwilowych zawirowań społeczno-ekonomicznych. Moda i upodobania współczesnych pokoleń ulegają niewątpliwym zmianom, jednak wielkości dzieła nie mierzy się wyłącznie ilością elementów wpadających w oko, ale przesłaniem, które niesie za sobą.
Czy Gladiator II ma w sobie jakiekolwiek ziarno inspiracji, moralności i budowania ludzkiej tożsamości i godności, jakie bez wątpienia miały pierwsze przytoczone przeze mnie filmy? Czy wpisze się do kanonu kinematografii tak jak jego prequel? Czy za ćwierć wieku obecnie dorastający mężczyźni, którzy będą wówczas w sile wieku i w szczycie swoich możliwości, będą mogli powiedzieć, że ów film zbudował w nich jakieś wartości?
Szczerze w to wątpię i jako fan dawnej twórczości Ridleya Scotta jestem tym faktem zawiedziony.


Dodaj komentarz