Jako wieloletni miłośnik serii Call of Duty zaliczyłem w ostatnim okresie swojego życia przestój w konsumowaniu nowszych części serii, spowodowany ograniczeniami sprzętowymi. Z radością raportuję jednak, że od niecałego miesiąca jestem posiadaczem nowego PC, który umożliwi mi uruchamianie współczesnych gier, a także nadchodzących nowości.

Na testy nowego sprzętu załapało się już stare nieco Call of Duty: World War II, które przeniosło serię ponownie do mojego ulubionego pod względem militarnym okresu. O swoim nowym PC napiszę nieco więcej w innym artykule, natomiast teraz skupię się na kilku kluczowych aspektach kampanii dla pojedynczego gracza, która zasługuje na parę słów komentarza w roku 2026.
Wielu CoD-owych weteranów zapewne teraz puka się w czoło, ponieważ kwintesencją omawianej serii była zawsze rozgrywka wieloosobowa, a kampania stanowiła jedynie niedzielny dodatek do gry. Tym wpisem mam nadzieję przełamać ten panujący stereotyp.
Filmowe doświadczenie w grze
Kampania Call of Duty WW2 zabiera gracza ponownie na europejski teatr drugowojenny obok amerykańskich wojsk lądowych, z którymi rusza w bój zachodniego frontu, od lądowania w Normandii, aż do wkroczenia na terytorium Rzeszy.

Jest to w istocie dość mocno wyeksploatowany już w świecie gamingu i kinematografii temat, który zdawać by się mogło, że nie jest w stanie dostarczyć już niespodziewanych wrażeń i emocji. Zasadniczo to prawda, ponieważ dla każdego miłośnika historii XX wieku wydarzenia te są istnym kanonem militarnych dziejów naszego kontynentu i kamieniem milowym w drodze o obecny porządek geopolityczny. Nie wdając się jednak w te rozważania, zauważyć chciałem, że choć tematyka kampanii omawianej gry jest dość dobrze znana potencjalnym konsumentom treści, tak właśnie detale historycznej mikro skali decydują o jej jakości.
W tym kontekście właśnie moim zdaniem CoDWW2 dowozi w pełnym zakresie. Mamy bowiem do czynienia z solidnie wyreżyserowaną opowieścią wojenną żołnierzy, którzy dzielą ze sobą swoje lęki i troski, podnoszą się wzajemnie na duchu oraz wyciągają z najczarniejszego bagna wojny. Jest śmierć i osobiste rozterki, ale jest także i ewolucja osobowości, a bardziej relacji na linii podwładny – dowódca.
Postaci napisane są pod względem charakteru bardzo wiarygodnie i krwiście, odcinając wojenne doświadczenie gracza od sterylnej i pozbawionej tragedii suchej historii. Tutaj cały spektakl koncentruje się właśnie na jednostkach, które myślą i czują, nawet wtedy gdy uparcie twierdzą, że jedynie wiernie wykonują rozkazy.

Immersję świata przedstawionego wynosi natomiast na kosmiczny wręcz poziom filmowy aspekt, który dzięki fotorealistycznemu odwzorowaniu twarzy aktorów udzielających swojego głosu bohaterom, zapewnia prawdziwie kinowe doświadczenie.
Seria Call of Duty słynęła od początku z niespotykanie jak na ówczesne standardy realistycznej rozgrywki pierwszoosobowej, którą starały się dogonić, kopiować, a później prześcignąć takie konkurencyjne marki jak między innymi Battlefield. Dziś widzimy doskonale w jak różne kierunki poszły te obie serie gier, jednak CoDWW2 szczególnie udowadnia, że nie próbuje być symulatorem pola bitwy. To raczej bardzo udana próba odwzorowania punktu widzenia pojedynczego żołnierza, który rzucony jest w sam środek wojennej akcji.

Dzięki temu, że każda postać zbudowana została indywidualnie i w różny sposób oddziałuje na perspektywę głównego bohatera, mamy wrażenie uczestnictwa w solidnie napisanym interaktywnym filmie, który moim zdaniem bije na łeb syntetyczne podejście Battlefielda.
Są to istotnie dwa różne gatunki wojennych shooterów, które choć zawierają odmienne mechanizmy, tak w szczegółowym rozrachunku zasługują na zestawienie i porównanie. I w detalach właśnie CoDWW2 szlifuje do mistrzostwa starą dobrą szkołę.
Daleko do świętości
Aby zachować równowagę, wspomnieć trzeba także o tych elementach kampanii, które wypadły słabo, albo wręcz żenująco. Zasadniczo mam tutaj na myśli stronę techniczną gry, która aspirowała przecież w dniu premiery do ekstraklasy swojego gatunku, a mimo to stanowi ubogi zlepek prób zaoferowania nowatorskich mechanik, które nikną pod grubą warstwą bugów i niedoróbek – nawet po wielu aktualizacjach.
Być może kryje się tutaj gorzka prawda o samym wydawcy, który w pogoni za częstymi premierami nowych odsłon, nie nadąża z rzetelnym łataniem błędów tego co już wypuścił na rynek. Korporacyjna machina obecnie bardzo niewiele przypomina studia, które dekady temu potrafiły z wierności dla swoich klientów i fanów wydawać kolejne patche, aby ich dzieło osiągnęło planowaną perfekcję.

Po cóż starać się połatać niedopracowany produkt, skoro częstotliwością wydawniczą oraz piekielnie chodliwym marketingiem można przyzwyczaić konsumentów, aby nie drapali zbytnio bolejących wrzodów, skoro już w kolejnym roku dostaną coś zupełnie nowego?
Nowego…
Pod względem technicznej spójności właśnie moim zdaniem CoDWW2 nie miał i nie ma nadal do zaoferowania nam niczego więcej, niż daje współczesna chciwa branża gier, co do której glitche i bugi są już niestety zjawiskiem powszechnie znanym i akceptowanym.

Ale przecież warto mówić jawnie o tym co jest złe, aby generować impuls do postępu, żeby o zgrozo – nie cofnąć się pod pewnymi względami w czasie. Bardzo trudno konsumuje się dopracowany estetycznie i fabularnie content, gdy z rozgrywki wyrywają nas co chwila głupie błędy i niedociągnięcia twórców.
Zaprawdę powiadam, że każdy przerywnik z quick time event powinien zostać z omawianej gry skasowany, a zamiast tępego gwałcenia przycisków gracze powinni dostać prawdziwie zręcznościowe urywki, bo przecież CoD to shooter z krwi i kości, a nie kolejny kanapowiec, który po latach obrósł w złogi konsolowego lenistwa.

Choć ścieżka dźwiękowa bardzo dobrze gra z klimatem produkcji i naprawdę potrafi zapaść w pamięć po ukończonej kampanii, tak sama jakość warstwy dźwiękowej sprawia wrażenie amatorszczyzny. Dialogi między bohaterami prowadzone są z losową głośnością, nie odpowiadając zupełnie takim aspektom jak odległość między rozmówcami, rozmiar pomieszczenia, w którym się znajdują, a nawet emocje, którym podlegają. Wydzielający się na nas sierżant stojący dwa metry dalej potrafi być słyszany jak spod wody, a dźwięk dialogów niekiedy niknie wręcz w przestrzeni tylko po to, aby niespodziewanie wystrzelić z głośników ripostą naszego protagonisty tak, że przez kolejne godziny zdecydujemy się wyciszyć te totalnie zepsute dialogi i polegać wyłącznie na napisach – jak w kinie niemym. Czyżby o taki retro element z epoki chodziło twórcom?
Swoistą wisienką na torcie technicznego zepsucia była już misja „Zasadzka”, podczas której moja nowiutka karta graficzna AMD 9060 XT postanowiła po raz pierwszy pokazać pazurki. Niekończący się ekran ładowania to rzekomo częsta bolączka wśród posiadaczy nowszych Radeonów, a związany on jest podobno z prędkością ładowania shaderów, ale wybaczcie mi – nie jestem ekspertem. Restarty, konfiguracja ustawień oraz dziesiątki prób modyfikowania plików gry wg wytycznych Gemini (ha tfu!) nie przynosiły żadnych rezultatów, a jedyne rozwiązanie, które pozwoliło mi na ukończenie kampanii polegało na rollbacku sterowników do wersji 15.12.1.
Czytelnicy mojego bloga wiedzą, że była to nie pierwsza moja zabawa z graficznymi błędami w Call of Duty, jednak tym razem wyszedłem z tarczą.

I było warto zmarnować te kilka godzin na rozwiązywanie problemu, bo kampania naprawdę wciąga. Dla miłośników Szeregowca Ryana i Kompanii Braci jest to bowiem pozycja obowiązkowa i kapitalnie wręcz wgryza się w klimat wojny w Europie zachodniej.
Wybaczyć tej grze jestem już w stanie bardzo ubogą misję walki samolotem myśliwskim oraz totalnie zepsute pod względem sterowania zadanie pancerne, które tak doświadczonemu cyfrowemu czołgiście jak ja, potrafiło niemało napsuć krwi. Te elementy traktuję jedynie jako detale – nieudane eksperymenty, których seria Call of Duty już nigdy nie powinna próbować, aby zachować niegdysiejsze miano króla shooterów. Tego typu mechaniki niech Activision zostawi lepiej ludziom z Wargaming oraz Gaijin.

Gra warta promocyjnej ceny
W tragicznych czasach żyjemy, aby wydawać 200-300 złotych za gry AAA, jednak jeżeli uda Wam się w 2026 roku dorwać CoDWW2 za kilka dyszek, to uważam taką kwotę za zupełnie uczciwą, jak na treść, którą gra oferuje. Poza kampanią istnieje wciąż żywa scena multiplayer, a znalezienie kompanów do wspólnej gry nie stanowi problemu. Pomimo sporej ilości rozczarowań wynikających z technicznego niedopracowania, zatwierdzam tą grę swoim skromnym redaktorskim błogosławieństwem.


Dodaj komentarz