Kiedyś to były czasy, a teraz to już nie ma czasów… Takich bolesnych rozważań rozczarowanego życiem malkontenta w dzisiejszym wpisie nie będzie, bo przecież nie chodzi w naszym replikowo strzeleckim hobby o to, żeby się dołować, ale żeby zaczerpnąć świeżym powietrzem i potrzymać w dłoni kawał solidnej klamki.

Choć tytuł mojego artykułu jasno wskazuje, że obecnie produkt ten nie jest już dostępny na rynku, jednak nie zastrzega to, że taki lub podobny już nigdy w sprzedaży się nie pojawi, dlatego pilnujcie skarbonek i bądźcie czujni jak tygrys.

Albo wybierzcie coś innego, co strzela i daje fun? Po prostu?

Co to jest?

Omawiana w tym artykule replika jest moim zdaniem bardzo dobrym wiatrówkowym odwzorowaniem legendarnego wśród fanów historii i strzelectwa, Colta 1911 którego pierwowzór jak i wiele produkowanych współcześnie modeli opartych o tą konstrukcję, zasilane są solidnym nabojem pistoletowym .45ACP. Definicja amerykańskiego militarnego stylu mieszcząca się w dłoni.

Mój pistolet oczywiście jest jedynie wiatrówką repliką, która odwzorowuje kształt, ruchome elementy zewnętrzne oraz odczucie niektórych użytych materiałów. Celowo użyłem tutaj słowa „odczucie”, ponieważ oryginalny Nineteen Eleven wykonany był, podobnie jak większość pistoletów z początków XX wieku ze stali, natomiast w omawianym egzemplarzu stali jest stosunkowo niewiele, a najważniejsze elementy, tj. szkielet i zamek wykonano ze stopu aluminium – wdzięcznego i taniego w replikarstwie ZnAl-u, który jednak charakteryzuje się inną gęstością i odpornością na uszkodzenia mechaniczne. Trzeba o tym pamiętać, jeżeli miało się kiedyś styczność z prawdziwą bronią palną, aby nie przekładać podobnych oczekiwań na budżetowe rynkowe repliki. W końcu nie opowiadam o drogim profesjonalnym sprzęcie dla członków grup rekonstrukcji historycznej, a o przystępnych „plujkach” dla zwykłych ludzi.

Aby technikaliów stało się za dość, warto wspomnieć, że podobnie jak większość wiatrówek replik, mój Remington 1911RAC zasilany jest standardowymi dwunastogramowymi kapsułami z dwutlenkiem węgla i miota kulistym śrutem stalowym BB w kalibrze 4,5mm. Jego energia wylotowa pocisku w fabrycznej konfiguracji nie przekracza na pewno 7 Jouli, zatem jest to pistolet dostępny bez jakiegokolwiek pozwolenia dla osób powyżej 18. roku życia (limit <17J).

Niska energia kulki nie zwalnia Cię jednak z zachowania środków ostrożności opisanych w instrukcji! Nawet jeżeli jesteśmy tylko „januszami” strzelectwa, to pamiętajmy o BHP swoim i innych. Stalowa kulka 4,5mm opuszczająca lufę repliki z energią 7J potrafi bez problemu przebić szklaną butelkę, złamać ząb lub co gorsza pozbawić oka – to nie jest zabawka!

Do czego to jest?

Na pewno nie do noszenia przy pasku i machania przed twarzą dresowi czy żulowi, gdy takowy nas zaczepi. Odradzam takiego myślenia, jakoby replika broni lub straszak miały realną wartość w samoobronie, ponieważ udawanie zawodowca, gangstera lub zwykłego świra z klamką może bardzo szybko obrócić się przeciwko nam. Lepiej uciekać.

Już prędzej polecam taką replikę wszelkiego rodzaju pasjonatom militariów czy survivalu do suchego trenowania technik noszenia i dobywania broni, ale traktowałbym to jako czystą i nieszkodliwą zajawkę, ponieważ na poważne treningi omawiana replika za bardzo odstaje technicznie od prawdziwego palnego pistoletu – minimalnie inna waga oraz całkowicie odmienna mechanika środka. Do podobnych zastosowań można wybierać w szerokiej gamie innych produktów, jak na przykład hukowce albo niepalne repliki firmy Denix, które do takich półamatorskich szkoleń wojskowo survivalowych sprawdzą się lepiej. Swoją drogą, jeżeli nie masz pozwolenia na broń oraz legalnej klamki, to nie potrzebujesz szkolić się jak komandos, a do opanowania podstawowych technik obsługi spustu i bezpiecznika lepiej po prostu wybrać się na strzelnicę. Jeżeli masz papier i kopyto, to ćwiczysz pewnie na prawdziwym sprzęcie, a nie replice.

Dla kogo zatem jest dobra wiatrówka Remington 1911RAC (i podobne)? Bez wątpienia dla 99% zwykłych zajawkowiczów i amatorów historii, militariów czy prostego męskiego zewu do obcowania z czymś rzeczywistym, a nie kolejną gierką lub filmem, które nawet nie pozwalają oderwać dupy od krzesła. Jeżeli czytasz ten artykuł, to sądzę że jest to świetna opcja także dla Ciebie.

Estetycznie wykonany kawałek metalu, którego ruchome elementy oraz kopiący delikatnie w dłoń blow-back to już świetne argumenty, aby założyć buty i posłuchać jaką frajdę daje brzdękanie stalowego śrutu o puszki, butelki lub jakikolwiek kulochwyt. W ogrodzie, na działce, czy może bardziej na dzikusa (jak ja) w piwnicy – wszystko jedno, ważne że Ci się chce.

A takie hobby wcale nie kosztuje dużo.

Dostępność i cena.

Uwierzcie mi, ale prześwietlałem internetowy rynek dość dokładnie, ale w kontekście dorwania nówki jest już lipa. Od mojego zakupu minęło już dobrych kilka lat, ale mnie udało się nabyć tą replikę w popularnym sklepie na M za niecałe 500 złotych, co w kategorii w pełni metalowych replik z blow-backiem, czyniło z produktu naprawę łakomy kąsek. Nic dziwnego, że wyszedł.

Moje obserwacje jednak wskazały, że omawiany pistolet to tajwańska konstrukcja, najprawdopodobniej spod szyldu KWC, popularnego producenta m.in. replik do ASG. Ta sama forma i kolorystyka korpusu, te same materiały okładzin, a jedynie brak logo legendarnego brandu.

W ofercie wspomnianego polskiego dystrybutora prędziutko zabrakło Remingtonów 1911RAC i zauważyłem to już niedługo po zakupie mojej sztuki, jednak w jej miejsce w sklepie pojawił się niejaki Swiss Arms 1911, który wyglądał identycznie jak mój Remek, czy pozbawiony głośnych sygnatur łobuz od KWC. Wszystkie gagatki  opatrzono dumnym napisem Made in Taiwan.

Może i moje poszlaki są naciągane, bowiem sam kolor i materiały nie świadczą o tym samym designie, jednak szczególną uwagę zwrócić należy na widoczne na fotografiach konstrukcje magazynków, które wyglądają identycznie we wszystkich trzech produktach. Domniemać zatem można, że jest to dokładnie tem sam mechanizm wiatrówkowy, a co za tym idzie – ta sama replika sprzedawana pod różnymi nazwami.

Wszystkie niestety już niedostępne w sprzedaży. Czy jednak jest to problem dla chłopa, który chciałby dziurawić puszki za garażem za pomocą legendarnej klameczki? W żadnym wypadku!

Mody.

Osoby patrzące na powyższe zdjęcia zapewne śmieją się ironicznie na moje stwierdzenie, że uważam te repliki za dobre imitacje Colta 1911. ZnAl, plastikowe gripy i chamskie napisy ostrzegawcze na boku zamka raczej eliminują podobne produkty w kontekście jakiejkolwiek rekonstrukcji historycznej.

Tak, ale tylko pozornie, bo nieważny jest wygląd fabryczny repliki, ale jej podatność na modyfikacje, a ta w tym przypadku jest moim zdaniem bardzo dobra i to szalenie niskim kosztem.

Osobiście odruch wymiotny na produkt wyjęty prosto z plastikowego opakowania wywoływała fabryczna czystość i ogromne napisy ostrzegawcze na zamku, które zabijały w replice jakiegokolwiek ducha epoki. Modyfikacja prosta i przyjemna, niczym kawał chamskiego krowiego steka z ognia.

Papier ścierny o niskiej gradacji i przecierasz tam, gdzie Ci się podoba – lufa, okno wyrzutu łusek, krawędzie zamka – pełen freestyle. Replika ma po prostu cieszyć oko, a ja lubię stary, zużyty styl. Tak już mam.

Nie miałem żadnej grafitowej czy posrebrzanej farbki, więc użyłem to co miałem w garażu – czarny matowy spray pryśnięty bezpośrednio na napisy, które mnie brzydziły i voila! Cienka warstewka przesycha bardzo szybko, potem jeszcze tylko zgrubny szlif i mam tani oraz szybki efekt przypalenie lub zabrudzenia olejem, który jest trwały i odporny na zabawę z repliką.

Najtrudniejsze wydawały się okładziny chwytu pistoletowego, jednak jak się okazało – nie taki diabeł straszny. Znalazłem na olx ofertę z gripami z drewna orzechowego, które choć dedykowane do palnego 1911, okazały się po niewielkim szlifowaniu wewnętrznych powierzchni całkiem nieźle pasować do Tajwańczyka.

Ingerencja dremelem wcale nie była brutalna, a polegała jedynie na wyfrezowaniu od wewnątrznej strony gniazd pod kapsułę CO2, która jest nieco szersza od oryginalnego magazynka jednorzędowego w klasycznym Colcie. Śrubki spasowały po japońsku, czyli jako tako, ale kosztem około 100 zł moja budżetowa replika zaczęła już mocno przypominać wysłużony sprzęt z epoki i włożona do kabury jakiegoś członka GRH lub do muzealnej gablotki, mogłaby śmiało imitować egzemplarz biorący udział w lądowaniu wojsk alianckich w Normandii w 1944 roku.

Bardzo jestem z tego efektu zadowolony (nawet po latach), a napis Remington 1911RAC różnież mogłem zamalować, jednak z szacunku do tego równie legendarnego co Colt producenta broni oraz moją fiksację na punkcie retro liternictwa, nie zrobiłem tego – po prostu pistolet w takiej formie mi się podoba.

Jeżeli Twoim zdaniem 1911 z czasów IIWŚ powinien wyglądać inaczej, to śmiało psiknij swój egzemplarz złotolem, srebrolem lub wypoleruj ZnAl na wysoki połysk – pełna wolność. Bardziej ambitni rekonstruktorzy z zacięciem modelarskim mogą na przykład wyfrezować na szkielecie i zamku oryginalne oznaczenia, bo użyty przez producenta stop jest wdzięcznym w obróbce materiałem.

Zauważ, że już sama praca nad repliką jest mocną częścią tego wspaniałego hobby.

Strzelanie.

A teraz to co najważniejsze w posiadaniu takiej wiatrówki, czyli plucie śrutem i ogólny feeling z klamki. To wypada w całokształcie tego ekonomicznego przedsięwzięcia najlepiej, bo użytkowanie klasycznych, małych kapsuł CO2 i bezproblemowego śrutu stalowego to niemal darmowa frajda.

Przypominam, że koszt samej repliki nie był wysoki, a eksploatacja (nawet bardzo intensywna) kosztuje grosze i jest dostępna w każdej niemal chwili, wedle widzi mi się posiadacza.

Oczywistym jest, że strzelanie z broni ostrej zapewnia wrażenia nie do podrobienia, ale przyznajmy wszyscy uczciwie, ilu z nas – strzelców amatorów może bez żadnych kompromisów posyłać w tarczę setki pocisków kalibru 45 dziennie, albo tygodniowo. Dla większości fanów militarnej klasyki takie zwykłe wypady na strzelnicę są najzwyczajniej kosztowne i musimy je odpowiednio planować pod względem logistyki i portfela.

Wiatrówka praktycznie zabija te wszystkie ograniczenia, bo koszt wejścia jest znacznie niższy (pomijając już nawet kwestię pozwoleń i promes), a wystrzeliwanie tysięcy stalowych śrucin to po prostu taniocha. Sprzęt można przechowywać w szufladzie, konserwacja jest bajecznie prosta, a wspomniane wcześniej kapsuły gazowe są zarówno tanie, jak i pozwalają spokojnie na oddanie 50-60 mocnych strzałów.

Do tego mamy świetnie działający system odrzutu zamka (blow back), który wzmacnia realizm, a sam zamek po ostatnim strzale z magazynka pozostaje w tylnym położeniu, jak w prawdziwym pistolecie. Bezpiecznik skrzydełkowy i chwytowy naprawdę działają i nie są jedynie statycznymi, odlanymi w monolicie atrapami, a odczucie zrzucenia bolt catchera po załadowaniu pełnego magazynu jest nie do podrobienia w tym budżecie replik.

Celność pozostaje kwestią umowną, bo nie jest to wiatrówka dla profesjonalistów, ale na dystansie do dziesięciu metrów spokojnie można bawić się w strzelanie tarczowe, a powyżej pistolet wybornie sprawdza się w charakterze ogrodowego eksterminatora puszek i butelek.

Musisz mieć Colta.

Nikogo nie namawiam na ten konkretny produkt, ponieważ trudno z jego rynkową dostępnością, jednak uważam że w 1911 jest coś ponadczasowo magicznego, co miłośnicy staromodnych militarnych tematów na pewno docenią. Nie musi być to dokładnie ta sama replika i zmodyfikowana w taki sposób, aby imitować drugowojenną klamkę z USA, tak więc jeżeli lubisz bardziej nowoczesne, a może i taktyczne klimaty, to w sieci jest od groma wiatrówek replik, które zaspokoją upodobania koneserów różnych epok.

Chwyt tego pistoletu, jego wyważenie oraz ergonomia tworzą niesamowite połączenie, które na przestrzeni wielu dekad próbowali kopiować także inni producenci broni, dla których Colt 1911 reprezentował ideał konstrukcji (patrz na „naszego” VIS-a).

Nic więc dziwnego, że nawet dzisiaj, ponad sto lat od publikacji patentu, ten klasyczny pistolet jest tak uwielbiany przez miłośników strzelectwa w USA, ale także i na całym świecie. Jest to konstrukcja ikoniczna i legendarna, że nawet będąc takim amatorem jak ja, musisz ją mieć w swojej kolekcji, choćby w takiej ekonomicznej, wiatrówkowej formie.

Nie wstydźmy się kupować replik broni, bo przecież interesujemy się militariami i historią, a tego typu wiatrówki mogą z powodzeniem dawać frajdę. Wszelkiego rodzaju porównania do broni ostrej, czy umniejszanie znaczenia replik, jest moim zdaniem bez sensu, ponieważ obie te dziedziny dotykają zupełnie dwóch różnych rejonów zainteresowań i potrzeb, a przecież każdy skaluje też swoje hobby do możliwości i sytuacji. Broń palna jest cool, jeżeli spełniamy szereg punktów, z czego najważniejszymi są hajs i czas.

Mam w swojej małej kolekcji jeszcze kilka dobrych replik, a i apetyt w miarę pisania tego artykułu mi urósł, więc nie wykluczam kolejnych, ciekawych zakupów. Dajcie znać co sądzicie o takiej pasji i rekreacji.

Dodaj komentarz