Pojechaliśmy do Poznania 14 sierpnia 2026 tylko i wyłącznie na koncert Twenty One Pilots, jednak udało nam się doświadczyć tylu emocjonujących rzeczy, że postanowiłem napisać kilka szczególnych wrażeń, które mogą być pewnym kierunkowskazem dla osób wybierających się tam na kolejne edycje.

Była to nasza pierwsza wizyta w tym mieście, zatem w bardzo ograniczonych ramach czasowych chcieliśmy wchłonąć tyle Poznania, ile się tylko dało, co przy intensywności samego festiwalu nie było takie łatwe.

Zmęczeni lekko trasą i szybkim city breakiem, wkroczyliśmy na teren imprezy w przepięknej, magicznej niemal oprawie muzyki i baniek, spomiędzy których przedzierało się całe mnóstwo wesołych i barwnie ubranych ludzi. Zlokalizowanie tak dużego wydarzenia w obrębie Parku Cytadela musiało być dla organizatorów przeogromnym wyzwaniem logistycznym, artystycznym, gastronomicznym oraz sanitarnym, na co trzeba zwrócić uwagę już na samym początku.

Parkowo leśna atmosfera z całą pewnością była potężnym sojusznikiem festiwalowiczów, którzy w palącym sierpniowym słońcu potrzebowali choć odrobiny cienia i ochłody, w czym miejska poznańska zieleń sprawdziła się na medal. Miało to oczywiście swoje ograniczenia, ale o tym później.

Światła. Muzyka. Akcja!

Dobór gwiazd to bez wątpienia najmocniejszy punkt imprezy, który stanowił i pewnie stanowić będzie doskonały wabik dla fanów muzyki z Polski i zagranicy. Gorillaz, Lorde, Rita Ora, Robbie Williams czy wspomniani już wcześniej Twenty One Pilots to światowa topka i aż pewien żal serce ściska, że nie mogliśmy tam być we wszystkie dni. Ale czy dalibyśmy radę?

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka oczywista, bo choć jesteśmy młodzi, to sama wewnętrzna organizacja przestrzenna festiwalu powodowała, że ogarnięcie tyłka tak, aby zaliczyć wszystkie koncerty danego dnia, wymagało ciągłego chodzenia pomiędzy dość oddalonymi od siebie scenami, po jasno ustalonych ścieżkach i w myśl odgórnie narzuconej organizacji ruchu. Ta moim zdaniem nie była optymalna, aby sprawnie poruszać się między koncertami, nie mówiąc już o tym aby w wolnych chwilach zaliczyć strefę gastro lub kibelek. Poruszanie się po terenie festiwalu było przemyślane, ale z drugiej strony wymagające odporności fizycznej i psychicznej.

Ale jak oni grali! No właśnie, bo przecież najważniejsza w tym wszystkim jest muzyka, a pod tym względem organizatorzy imprezy stanęli na wysokości zadania. Świetnie przygotowane pod względem oprawy wizualnej i akustycznej sceny oraz aranżacja stef wokół nich, to kawał bardzo dobrze wykonanej pracy wielu osób. Bańki, światełka, kolorowe szyldy – całość ze sobą przepięknie współgrała, tworząc bajkową niemal atmosferę i kapitalną oprawę każdego koncertu.

Leisure.

Najpierw po zaopatrzeniu się w owocową wodę stanęliśmy na chwilę przy Enea stage, gdzie zagrała kapela Leisure, wprawiając nas w lekki, relaksujący vibe, który genialnie ostudził stresik i emocje związane z dostaniem się na festiwal (dzień zaczęliśmy na Śląsku o 5:00, hello!). Bardzo przyjemny i profesjonalny pod względem muzycznym występ, stanowiący dobry before do kolejnych artystów, którzy wymagali od nas już zdecydowanie więcej energii.

Mrozu.

Nie byłem na koncercie Mroza. Sorry. Sierpniowa lampa nad terenem głównej sceny, mnóstwo osób i moje ogólne nieogarnięcie wymusiły wczesny odwrót i koncertu nie mogę uznać za zaliczony.

Ashnikko.

Zdecydowanie barwnym punktem na naszej mapie tamtego dnia był występ Ashnikko, która w swój charakterystyczny – bezczelny sposób wstrząsnęła sceną i swoimi fankami (chłopaki też i byli i dobrze się bawili). Choć nie jest to mój ulubiony gatunek, tak docenić muszę jej humor, kontakt z publiką oraz ogólny pazur i pierdolnięcie. Uważam, że w umiarkowanej dawce taki koncert jest potrzeby każdemu, nawet księdzu.

Rita Ora.

I tutaj niestety spóźniliśmy się nieco na jej koncert, choć z Ashnikko wyszliśmy wcześniej, jednak samo przejście między sceną Enea a główną, było w tłumie bardzo czasochłonne i nie pomagała obecność dziesiątek osób z obsługi, które kierowały ludźmi po jednokierunkowych ścieżkach. Ten system w praktyce był przy tej ilości osób dość upierdliwy.

Sam koncert Rity był za to pomimo grzejącego słońca bardzo przyjemny i zwiewny, bo artystka sypała swoimi radiowymi hitami jak z rękawa (no dobra, nie miała rękawków) i bez żadnej fanboyowej napinki można było po prostu pobujać się w tym letnim klimacie. Opcja dla muzycznych Januszy, bo przecież każdy zna Ritę ze słyszenia, ale takich właśnie koncertów potrzeba również na festiwalach, gdzie wbijasz bez zobowiązania na pop i po prostu dobrze się bawisz.

Plus za pozytywne emocje wokalistki i ciepły kontakt z publicznością – bardzo dobrze się ją oglądało i słuchało.

Tom Odell.

Nie wiem co stało się Tomowi z głosem, ale z lekkim wyrazem niesmaku na twarzach weszliśmy ponownie na teren głównej sceny po krótkiej przerwie na chillout, ponieważ koncert rozpoczął od nieprzyjemnie wyjących kawałków, które dawały średnią przyjemność ze słuchania. Stopniowo jednak te dzikie aranżacje zaczynały ustępować bardziej znanym utworom, po które zapewne większość słuchaczy tam w tym momencie przyszła i tutaj trudno się do czegokolwiek przyczepić.

Generalnie koncert stał na wysokim poziomie pod względem instrumentalnym, bo grający z Odellem muzycy pokazali mistrzostwo swojego rzemiosła. Master class.

Niestety już wtedy było tam bardzo tłoczno i sam Tom powiedział to na głos, że wie dlaczego pod sceną stoi tak wiele osób – Twenty One Pilots. Nie zrażało go to jednak i podkreślił, że jest szczęśliwy będąc tam na scenie – pokazał gość klasę.

I generalnie nie mylił się, bo po skończonym koncercie tłum stał w miejscu, czekając na gwiazdę wieczoru.

Twenty One Pilots.

Przyznam się szczerze, że czas dłużył mi się niesamowicie między koncertami, bo przyszło nam tam wszystkim stać jak ołówki jeszcze przez dobra godzinę, podczas której mogliśmy jedynie obserwować pracę techników, przygotowujących sprzęt pod Pilotsów.

Nie było jednak innego wyjścia, jeżeli chciało się być kilkadziesiąt metrów od sceny, a będąc tam z turbo fanką tego duetu, trzeba było po wojskowemu zabezpieczyć dobrą pozycję obserwacyjną. Jakiekolwiek wyjście po picie lub do kibelka na tym etapie wiązało się z brakiem możliwości na powrót w to samo miejsce. Choć głowa odmawiała już posłuszeństwa, tak nogi jeszcze jakimś cudem utrzymywały obolałe ciało w pionie.

Ale było warto!

Koncert okazał się absolutną petardą, a wiem to dodkonale, bo dzięki żonie mam punkt odniesienia w wieeelu innych, odtwarzanych dziesiątki razy na YT imprezach Pilotów, dzięki czemu wiem, że Tyler i Josh nie poskąpili contentu.

I tak mocno obolały, wyposażony w świecące oczy Necromancera i papierową maskę z czachą, miałem możliwość obserwowania całego wydarzenia z dość bliskiej odległości i to bez większego trudu, bo mając te kilka centymetrów wzrostu powyżej przeciętnej moja linia wzroku znajdowała się odrobinę powyżej czubków głów osób naprzeciw mnie.

Poleciały wszystkie dobrze mi znane hiciory, w które artyści wplatali tam bardzo oczekiwane przez moją żonę elementy, jak chociażby Tyler śpiewający z platformy trzymanej przez fanów, Josh grający na perce z wysokiej wieży, potem jeszcze Tyler na podwyższeniu za nami, obaj muzycy grający na bębnach, które trzymali im fani, Josh wchodzący z płonąca pochodnią – było wszystko, co znałem z innych koncertów z neta, a nawet nie jestem w clique.

Jebaniutki.

Generalnie koncert oceniam 10/10 i na pewno jeszcze na Twenty One Pilots pojedziemy. Hehe.

Epilog.

Wymęczony jak koń po westernie musiałem po koncercie iść za tłumem, którego ewakuacja z ogromnego obszaru sceny głównej poprzez wąskie schody i rampy niestety nie przebiegała optymalnie i co gorsza bezpiecznie. Samo wyjście w luźną przestrzeń zajęło nam dobre 20-30 minut, które wszyscy spędziliśmy w niesamowitym ścisku, posuwając się żółwim tempem do przodu. W tłumie co chwilę ktoś słabł i potrzebna była interwencja medyczna, co w tak ciasnym skupisku ludzi nie było łatwe.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa, drogi wyjścia i wcześniej ustalone ścieżki jednokierunkowe okazały się klapą, o czym przekonali się sami organizatorzy, odwołując nakaz poruszania się w jednym kierunku, kiedy widzieli, że zmęczony koncertami tłum nie może się wydostać.

Aż strach pomyśleć jakby to wyglądało, gdyby coś groźnego się wydarzyło…

Na szczęście się nie wydarzyło i chwała Bogu.

Z obecności na koncercie Aloka nie wyszło (jak się można było spodziewać) niestety nic, a resztę czasu spędziliśmy w cierpliwym wyczekiwaniu na zluzowanie zakorkowanego wyjścia z terenu festiwalu i powolnego kilkukilometrowego spaceru w kierunku hotelu. Nie śmiem w tym miejscu skarżyć się na kwestię transportu, ponieważ darmowe przejazdy komunikacją publiczną dla uczestników bittersweeta były i tak miłym ukłonem ze strony władz miasta, jednak częstotliwość przejazdów nocnych to już kwestia, którą w ramach gentelmeńskiej wdzięczności przemilczę.

Było zajebiście, ale…

Ogólnie rzecz biorąc nasza eskapada na koncert Twenty One Pilots zakończyła się sukcesem na 110%, bo dostaliśmy to, czego oczekiwać mogli nawet najbardziej wymagający fani tego duetu, a całość oprawiona została przez organizatorów w bardzo profesjonalną i atrakcyjną formę.

Jedyny zgrzyt w pamięci pozostawiło samo wyjście, które… Hmmm.

No dobra, nie chcę narzekać, bo impreza była naprawdę super i nie można było oczekiwać, że organizatorzy wykarczują cały teren, aby wygenerować szersze i bardziej optymalne ścieżki, dewastując Poznaniakom piękny park. Co można było zrobić, aby logistyka była bardziej sprawna i bezpieczna?

Mniej wejściówek.

Ale to też moim zdaniem bezczelnie spłyca temat, zatem pozostaje oddać organizatorom, że wiedzieli co robią i zrobili to najlepiej jak mogli, a wszelkie niedogodności wpisać musimy w poczet charakterystyki imprezy.

Nie żałuję.

PS. Od piątku mam chyba dość mocną konkurencję, więc muszę wziąć się za siebie i zrzucić nieco sadła.

Dodaj komentarz