Dałem ciała. Miała być z tego tematu piękna modelarska seria, natomiast na skutek wielu niemiłych osobistych i zawodowych doświadczeń, straciłem zapał do hobby. Totalnie zaniedbałem rozpoczęty co dopiero model czołgu lekkiego T-60, który miał być wielkim powrotem do młodzieńczej pasji, natomiast stał się miniaturowym pomnikiem słomianego zapału i zderzenia naiwnych pragnień z druzgocącą rzeczywistością.
Po niemal trzech latach przerwy jednak, udało mi się znowu zajrzeć do tajemniczego pudełka i skleić co nieco, tym razem pod okiem mojego coraz bardziej zainteresowanego militariami syneczka.

To zupełnie nowy etap, bo na drodze wychodzenia z osobistego mroku, postanowiłem zainwestować w porządne stanowisko, które ubogaciła dodatkowo moja małżonka. Mam już znowu swój pokoik, w którym mogę zatopić się w ciszę i spokój, tak bardzo potrzebne dla rozedrganej duszy…
Nie owijając dalej w bawełnę, zapraszam do krótkiego odcinka z dalszego ciągu relacji o budowie modelu czołgu w skali 1:35. Choć temat jest mi bardzo dobrze znany z nastoletnich czasów, tak sam materiał (plastik) stanowi pewne nowe wyzwania, ponieważ praktykowałem lata temu w modelach kartonowych. Jest z tym wbrew pozorom sporo zabawy i kombinowania, ale przecież na tym polega modelarstwo.

Do biednego kadłuba udało mi się przykleić wahacze oraz komplet kół, które postanowiłem wykonać w wersji szprychowej, ponieważ proste pełne dyski wydawały mi się jakieś takie smutne.
Poszło oczywiście odrobinę szpachli, która zapełniła największe szczeliny, ale generalnie starałem się unikać poprawiania producenta. Głównie prace szlifierskie ograniczały się do niwelowania własnych błędów, bo sporo kleju wylało się przypadkowo tu i ówdzie.
Z obrotową wieżą ten malutki czołg prezentuje się moim zdaniem już o wiele bardziej majestatycznie, jednak samo mocowanie działka niestety „złapało na sztywno” i lufka niestety nie wychyla się w pionie. Przeżyję.

Koło napędowe natomiast wydaje się być niewłaściwie przeskalowane i pomimo dokładnego montażu i orientacji w przestrzeni, dotyka praktycznie błotnika, którego nie dało się zamontować inaczej. W rzeczywistości powinna być tam wyraźna przestrzeń na pracującą gąsienicę, zatem chyba lidlowy dremelek pójdzie jeszcze w ruch, aby nieco skrócić ząbki.
Przez minione trzy lata zdążył się już zmienić w mojej głowie plan na malowanie i postanowiłem jednak, że model będzie klasycznie zielony, z prostym numerkiem na wieży. Chcę wykonać ciemny rdzawy podkład, który mam nadzieję prześwitywać będzie gdzie niegdzie, imitując ogniska korozji – bardzo podobają mi się wszelakie modele w stylu „rust”.

Będzie sporo brudzenia i śladów zużycia, które wykonam pędzelkiem, ale to dopiero plan na kolejne modelarskie posiedzenia, które chcę robić często i regularnie. Czas pokaże, ale mam już się coraz lepiej.


Skomentuj