Aby przełamać moją złą modelarską passę, postanowiłem kuć żelazo póki gorące. Hmmm… Powinienem raczej napisać plastik, a także nie kuć, ale kleić. Nie wdając się jednak w dalsze językowe dywagacje, zapraszam na krótki „status update” z mojego warsztatu.

Jak widać już na pierwszym zdjęciu, mój model czołgu lekkiego T-60 zyskał gąsienice, które sklejone zostały z dołączonych do zestawu odcinków i pojedynczych ogniw.
Przyznać muszę, że niełatwa była to dla mnie przeprawa, bowiem po raz pierwszy miałem okazję sklejać ten kluczowy element każdego czołgu właśnie z plastiku. Okazał się on być materiałem dość wymagającym, który potrzebował odpowiedniego formowania i klejenia segmentów pod właściwym kątem, aby dopasować bieg gąsienic do toru wytyczonego przez koła i rolki.
Popełniłem na tym etapie jeden, kluczowy błąd, który polegał na niedopilnowaniu kroków w instrukcji, przez co musiałem całą operację wykonywać na przyklejonych wcześniej błotnikach. Polecam z całego serca przynajmniej w tym jednym punkcie uszanować dołączoną przez producenta Mister Craft broszurę, aby móc swobodniej kształtować „gąski”.

Sama dokumentacja, jak i projekt modelu nie należą do pierwszej ligi, ponieważ sporo w nich błędów numeracyjnych, oznaczeń, nieprawidłowych reprezentacji detali oraz… Złego skalowania systemu jezdnego, który w porównaniu do pełnowymiarowego czołgu z powyższego zdjęcia, jasno pokazuje jak bardzo przeskalowane jest koło napędowe w modeliku, przez co cały łańcuch gąsienicy dotyka niemal błotnika (tylko w ten jeden sposób dało się go dopasować na pozycję).
Ponadto kalkulacje projektanta co do ilości ogniw okazały się mocno niedoszacowane, ponieważ pomimo użycia zapasowych kilku (nie wziętych pod uwagę w instrukcji) ogniw, oba łańcuchy były za krótkie o około 15 milimetrów, przez co salwować się musiałem poprzez dorabianie prymitywnych paseczków z innego kawałka plastiku. Iście partyzancka modelarska robota.

Wstawka na szczęście wypadła nad wspomnianym kołem napędowym, dotykając wręcz do błotnika, co czynić ją będzie trudną do zauważenia. Jak widać nitkę gąsienic u góry na rolkach puściłem na prosto, nie tracąc jej długości na robienie „girland” jak na zdjęciu oryginalnego czołgu, a mimo to okazały się za krótkie – jest to moim zdaniem najpoważniejsza wada tego modelu, ale w żadnym wypadku go nie dyskwalifikuje. Ten malutki tank wymaga po prostu nieco więcej pracy.
W ten oto sposób prace w plastiku uważam za skończone i mój model jest gotowy do położenia pierwszej warstwy podkładowej, którą chcę wykonać w kolorze rdzy, która mam nadzieję przebijać będzie spod zielonej radzieckiej farby.

W poprzednim wpisie zapomniałem jeszcze pokazać miejsce w kadłubie, które nie do końca dopasowało się zgodnie z założeniami projektanta i wymagało uzupełniania szpachlówką. Niedużo tego było, a i nowy achievement został przy tym zdobyty.
Złośliwi i spostrzegawczy obserwatorzy zapytać mogą o to, co stało się z tylną częścią błotników, które powinny schludnie zachodzić na tylne koło. Moja odpowiedź jest prosta – nie zmieściły się i musiałem je wyciąć, aby zrobić więcej miejsca dla gąsienic. Poszarpałem przy tym celowo dremelkiem krawędź, aby potem pomalować ją rdzawym kolorem i pokazać w tym miejscu bardzo posuniętą korozję – taka moja wizja „uratowania” zbyt ciasno dopasowanego układu jezdnego.
W kolejnej część z serii mam nadzieję pokazać już mój model w kolorach.


Dodaj komentarz