Od czego to się u mnie zaczęło?

Nie jestem typowym publicystą, który specjalizuje się w branży gier wideo i może pochwalić się prawdziwie multiplatformowym doświadczeniem epok minionych i obecnych. Próżno na moim strychu szukać Commodore, Amigi, Pegasusa i rozmaitych egzotyków z lat 80. i 90., ponieważ zwyczajnie swoją przygodę z gamingiem rozpocząłem zupełnie niepozornie, na wysłużonym PC mojego taty.

Było to na przełomie tysiącleci, choć zdecydowanie bardziej chwytliwą datą byłby rok 1999, zatem na potrzeby mojej osobistej opowieści o grach komputerowych niech to będzie symboliczny początek pikselowej zajawki, która trwa w najlepsze do dziś.


Podróż przez różne epoki, tytuły i światy

Chciałbym Was zaprosić na osobistą podróż po różnorodnych tytułach, które ukształtowały mój gust w formułach i estetyce gier, a które być może i Wy pamiętacie i dobrze wspominacie z przeszłości, gdy młodość dyktowała zupełnie inne warunki, a dziecięca i nastoletnia beztroska pozwoliły zapamiętać te emocjonujące i niekiedy magiczne chwile przed ekranem.


Dyna Blaster

Jako kilkuletni człowiek nie miałem zbyt wielu sposobności do samodzielnego korzystania z komputera, bo nasz rodzinny PC choć bardzo już wtedy stary, to był sprzętem dość cennym i bardzo potrzebnym moim rodzicom do nauki i pracy. Wraz z moją o rok młodszą siostrą nie mogliśmy ot tak po prostu włączyć sobie komputera i grać w gry, ponieważ czas ten był ściśle regulowany przez naszego tatę, który pilnował zza naszych pleców, czy aby na pewno niczego nie zepsujemy.

Dla większości polskich domów w latach 90. komputer osobisty był rzadkością i traktowano go jako dobro luksusowe.

Zdecydowanie pierwszą grą którą zapamiętałem, był bardzo popularny Bomberman, ja jednak znałem pod tytułem Dyna Blaster, gdzie gracz jako saper z przyszłości poruszał się po dwuwymiarowych arenach, podkładając ładunki wybuchowe, aby walczyć rozmaitymi potworami i torować sobie drogę do wyjścia. Adrenalinę podnosił ograniczony czas i zmienna dynamika rozgrywki, którą dyktowały coraz to szybsze i bardziej niebezpieczne stwory. Jako mały dzieciak średnio radziłem sobie poziomem trudności nawet podstawowych poziomów i przypuszczam, że właśnie dlatego tą grę zapamiętałem tak bardzo jako pierwszą.

Wymagająca jak na tamte lata i szalenie wciągająca produkcja, która małoletniego Kamilka przyprawiała o szybsze bicie serca.


Scooby Doo: Miasto Duchów i Piramidalna Zagadka

O wiele bardziej sympatyczną i przystępną jak na swój wiek inicjację z grami wideo miałem właśnie dzięki dwóm tytułom z serii Scooby Doo, które były zarazem jednymi z naszych pierwszych kupionych w sklepie, oryginalnych, legalnych gier w pudełku. Wtedy jeszcze tego za bardzo nie rozumieliśmy i nie docenialiśmy…

Celowo używam tutaj liczby mnogiej, ponieważ w pierwszej połowie szkoły podstawowej czas przy naszym domowym PC spędzałem ze swoją siostrą, z którą poza ekranem monitora uwielbialiśmy spędzać czas na oglądaniu kreskówek na Cartoon Network, stąd też taki a nie inny wybór wspólnych gier.

Bardzo miło dziś wspominam te dwie produkcje, które pozwalały dzieciakom dosłownie przeżywać przygody swojej ulubionej bajkowej ekipy i przy tym poczuć się odrobinę jak detektyw – nie wiem jak to wygląda obecnie, ale nasze pokolenie w dzieciństwie uwielbiało tematy szpiegowskie, patrz: całe mnóstwo detektywistycznych dodatków do Kaczora Donalda.

Ahhh, piękne czasy!


Outlaws (1997)

Choć ten tytuł jest dla mnie ledwie migawką w pamięci, ponieważ doświadczenie z nim trwało jeden, maksymalnie dwa wieczory, tak cała otoczka z nim związana wyryła mi się głęboko.

Wciąż pamiętam doskonale swojego o rok starszego kuzyna, który podczas mojej wizyty u babci niespodziewanie przyniósł pod pachą wujkowego laptopa. Gruba niczym waliza Toshiba robiła u początku lat 2000. tak egzotyczne i piorunujące wrażenie, że dosłownie każda minuta spędzona przed jej mikroskopijnym jak na obecne standardy ekranem była prawdziwą celebracją.

Z tamtych wieczorów zapamiętałem grę o kowbojach, w której patrzyliśmy z perspektywy naszego bohatera, pokonując nieprzyjaciół wśród budynków zachodniego, pustynnego miasteczka. Guzik jeszcze wiedziałem czym jest gatunek FPS i jak nazwać zastosowane tam technologie, ale oczarowany byłem niewiarygodnym realizmem strzelania z broni palnej i barwnym światem Dzikiego Zachodu.

Tytuł tej gry udało mi się odnaleźć w internecie wiele lat później i choć nie grałem w nią dużo, tak stanowi ona w mojej gamingowej historii ważny kamień milowy.


Ignition

Podczas jednej z rodzinnych imprez zdarzyło mi się zagrać w swoją pierwszą w życiu grę wyścigową i było to kultowe Ignition. Szalone rajdy nietypowych nieraz pojazdów w rzucie izometrycznym to dość niecodzienne znalezisko, odznaczające się bardzo na tle gatunku i chyba to właśnie w tej grze było najpiękniejsze.

Kilkuosobowa rozgrywka na jednej klawiaturze była czymś przełomowym dla mnie, ponieważ chyba właśnie wtedy po raz pierwszy mogłem zagrać z kimś w tym samym czasie, czerpiąc z tą osobą czystą frajdę z beztroskiego przeskakiwania autobusem lub innym nietuzinkowym pojazdem wyścigowym poprzez przepaście i pagórki. Przezabawne i przemiłe doświadczenie żywej rywalizacji.


Colin McRae Rally

Zdecydowaną większość moich gamingowych początków w kolejnych dwóch, trzech latach wypełniały gry rajdowe, ze szczególnym naciskiem na kultową serię Colin McRae Rally, którą ku niezadowoleniu moich rodziców byłem w stanie przyjmować już w dawkach po kilkadziesiąt minut dziennie (nie śmiejcie się, byłem dzieckiem). Był to dla mnie okres początków szkoły podstawowej oraz pierwszych domowych obowiązków, z których musiałem wywiązywać się wzorowo, aby móc w nagrodę pojeździć wirtualnym Subaru Imprezą lub Fordem Focusem.

Był to także mój początek rozumienia faktu, że nie wszystkie gry są darmowe, jednak moja droga do ich legalnego nabywania była jeszcze długa. Takie były czasy.

Polska lat 90. i początku lat 2000. była krajem, w którym królowało piractwo, a powielanie kopii programów, gier, filmów i muzyki było niestety zjawiskiem normalnym. Żyjąc w klasie średniej mało kto był w stanie pozwolić sobie na swoją oryginalną kopię gry. Pożyczało się owe od kolegów na dyskietkach lub płytach CD, zgrywało na własny PC, a prawdziwymi królami byli posiadacze napędów z możliwością wypalania, którzy robili swoje własne kopie. Na bazarkach panoszyli się handlarze „tanich” filmów, gier i muzyki, a i pozornie legalne wypożyczalnie nie zawsze były uczciwe, serwując kinowe hity na własnych nośnikach. Bum na domowy internet w pierwszej dekadzie lat 2000. tylko podsycił to zjawisko, dając nieograniczony niemal dostęp do cyfrowej rozrywki setkom tysięcy użytkowników.

Sam już w tamtych latach dość często byłem w stanie z odłożonego kieszonkowego kupować legendarne pismo CD-Action, z którego dowiadywałem się o branżowych nowinkach, czytałem zapowiedzi nadchodzących premier i oddawałem się lekturze obszernych recenzji. Tak też dowiedziałem się o Colin McRae 3, której nielegalną kopię udało się pozyskać poprzez znajomych taty z pracy.

Takie były czasy i takie też były nasze finansowe możliwości, a wiele ze swoich pierwszych gier zdobywałem „na lewo”. Nie jest to powód do dumy, ale też nie uważam tego za powód do wstydu, ponieważ umożliwiło to mi i wielu innym gamingową inicjację, lecz mało kto się dzisiaj do tego przyznaje… U mnie nie ma ściemy.


RuneScape

Nim w moim domu pojawił się internet, moi kuzyni na dobre już wgryzali się w świat sieciowej rozgrywki i poza oczywiście ogromem przeglądarkowych Javowych tytułów, szczególne miejsce w mojej pamięci z tamtego okresu ma poczciwy RuneScape, dzięki któremu poznawałem jak złożone są gry RPG. Dziś to zdanie może zapewne budzić już jedynie szydercze uśmieszki i lekceważące prychnięcia ze strony roleplayowych dziadersów, ale moje początki z magami i wojownikami były właśnie takie, ukryte pod pikselami tego egzotycznego świata.

Nikt jeszcze wtedy nie mówił o sandboxach, ale każdy widział i rozumiał, jak wiele ciekawych rzeczy się tam działo i jak ogromne możliwości interakcji z otoczeniem i społecznością graczy to dawało. Sam doskonale pamiętam jakim szokiem było dla mnie, gdy mój kuzyn łamaną dziecięcą angielszczyzną szkolnego prymusa, pisał na czacie z innymi graczami, tłumacząc mi przy tym tajniki craftingu i rozwoju postaci.


Heroes of Might and Magic III

Legendy chyba nie trzeba przedstawiać, jednak dwa słowa o tym, dlaczego akurat ta gra zasługuje na miejsce w moim panteonie wspomnień – Muzyka i Grafika. Dokładnie w tej kolejności i celowo wielkimi literami.

Będąc uczniem podstawówki, jeszcze nie zdawałem sobie sprawy ze swojej fiksacji na punkcje szeroko pojętej estetyki, jednak już wtedy czułem, że HoMM3 (znane w moim otoczeniu po prostu jako „Hirołsy”) to gra immersywna poprzez swoją magiczną oprawę i dostarczająca kompletne doświadczenie ze światem high fantasy.

Począwszy od wspaniałej ścieżki dźwiękowej w menu głównym, przez całe mnóstwo dźwiękowych i wizualnych dodatków, sprawiających że człowiek dosłownie wtapiał się w ten pociągający, fantastyczny świat i nie chciał się z niego wyrywać.


The Sims

Powoli wkraczamy w czasy, kiedy coraz więcej już polskich domów miało swoje pierwsze komputery i szersze grono dzieciaków zyskiwało dostęp do gier wideo. Pamiętam dobrze, że jak tylko bywałem w odwiedzinach u kumpli, albo bliższej lub dalszej rodziny, a jeżeli tylko był u nich dostępny PC, to gospodarze żywo chwalili się sprzętem, prezentując rozmaite gry.

Jednym z takich sztandarowych tytułów z uwagi na swoją uniwersalność, był symulator życia The Sims, który lubili zarówno chłopaki oraz dziewczyny. Gra stała się w moim otoczeniu do tego stopnia oklepana, że ilekroć ktoś włączał u siebie w domu komputer, to wręcz wyrywało mi się z ust mimowolne:

Znowu Simsy…

I robiło się jak zwykle te wszystkie okrutne rzeczy, jak głodzenie Simów na śmierć, wymuszanie pożarów, usuwanie drabinek z basenów, a dzieciaki tylko się śmiały i dokazywały. Mroczny w Addamsowym znaczeniu, ale przy tym fascynujący czas, w którym młode, dorastające umysły testowały limity gier.


Call of Duty

Przełom w mojej historii gracza komputerowego nastąpił jednak pewnego niedzielnego poranka w 2003 roku, kiedy na TVP1 przez przypadek zobaczyłem pierwszy program telewizyjny poświęcony grom – GameBox. Świat gamingu fascynował mnie wtedy już tak bardzo, że jako dzieciak uciszyłem cały dom, aby móc na 25-calowym ekranie naszego rodzinnego, kineskopowego telewizora marki Thomson doświadczyć powiewu świeżości.

Wyobraźcie sobie tylko ten kontekst – w telewizji, która jeszcze do niedawna była czarno-biała, pośród polskich seriali i przeglądów hitów disco polo, pojawił się program o grach wideo!

Oczarowany zupełnie nowym doświadczeniem, zacząłem powoli wyłapywać strzępki informacji – zupełnie nowa gra wojenna, która z niespotykaną dotąd, realistyczną grafiką, przedstawia walki na drugowojennych frontach. Oniemiały obrazami, które widzę na ekranie, zapamiętałem tylko tytuł – Call of Duty.

Nim udało mi się w końcu wejść w posiadanie własnej „kopii”, przyszło mi poczekać jeszcze dobrych kilka miesięcy, aż „ktoś” znajomy podzielił się tym co miał. Czas pobierania zawrotnych 1,2GB (wow!) przy pomocy internetu z 2003 roku mierzyć można było za pomocą kalendarza, co przy dzieleniu jednego stanowiska komputerowego z pracującymi rodzicami nie wchodziło w rachubę. Nie oceniajcie mnie, takie były czasy.

Kiedy jednak udało się z powodzeniem Call of Duty zainstalować i odpalić na prastarym PC, to okazało się że totalnie nie potrafię grać w shootery. Festiwal zgonów i totalny brak wiedzy historycznej zmusiły mnie do odłożenia CoD-a na dwa, trzy lata, podczas których dojrzałem do tej szalenie ważnej w moim gamingu produkcji.

Ale gdzieś w okolicach pierwszej klasy gimnazjum udało mi się wrócić do tego tytułu, który spodobał mi się tak bardzo, że stanowił on bardzo mocny fundament do moich militarnych i historycznych pasji, trwających do dzisiejszego dnia.

Niech skromny przegląd tytułów tej znamienitej serii, w które najwięcej grałem, będzie dowodem mojego uznania:

  • Call of Duty + United Offensive
  • Call of Duty 2
  • Call of Duty: Roads to Victory
  • Call of Duty 4: Modern Warfare
  • Call of Duty: World at War >> Link do mojego artykułu
  • Call of Duty: Modern Warfare 2
  • Call of Duty: Black Ops
  • Call of Duty: Modern Warfare 3
  • Call of Duty: Advanced Warfare
  • Call of Duty: World War 2 >> Link do mojego artykułu

Serią CoD byłem tak zajarany, że nawet na przełomie gimnazjum i liceum tworzyłem fanowskie strony internetowe, na których pisałem poradniki oraz zamieszczałem najświeższe doniesienia o nadchodzących nowych częściach. Choć fascynacja ta znacząco osłabła przez całe mnóstwo niedobrych decyzji biznesowych wydawcy, tak bez wątpienia pierwsza część Call of Duty wpłynęła na moją historię gamingu i ukształtowała moje zainteresowania.


GTA: Vice City / GTA: San Andreas / GTA:V

Któż z nas, szczeniaków z lat 90. nie grywał na nielegalu, w tajemnicy przed rodzicami w Grand Theft Auto? Seria gier tak brutalna, że nawet dorośli gracze wciąż mogą z niesmakiem odwracać oczy od monitora, widząc niektóre chore akcje, a mimo to nawet łebki z podstawówki doskonale wiedziały, o czym te gry są i (co gorsza) – co da się w nich robić…

Już jako totalny gówniarz zobaczyłem u sporo starszego ode mnie kuzyna jakieś dwuwymiarowe GTA z widokiem z góry – sam już nawet nie wiem która to mogła być część. Jedyne co z tego zapamiętałem, to rozjechani na chodnikach ludzie i policyjne pościgi. Nie zainteresowało mnie to ani trochę.

Później ktoś z mojej klasy pokazał mi na swoim domowym komputerze GTA3, które było przecież rewolucją serii, przenoszącą rozgrywkę kryminalisty w dodatkowy, trzeci wymiar. Nie wiedziałem wówczas o jakiejkolwiek fabule gry, myśląc że GTA to gra o zabijaniu ludzi.

Hmmm… Zasadniczo tak właśnie jest.

Dopiero przy okazji Vice City zacząłem dostrzegać, że gry te mają jakiś bardziej złożony świat, którego klimat znacząco odbiegał od tego, co widywałem za oknem. Muzyka w pojazdach, a nawet całe stacje radiowe! Satysfakcjonująca fizyka przemieszczania się oraz głupawe zabawy z kumplami w to, kto więcej „gwiazdek” policji zdobędzie.

Nie byłem dzieciakiem wychowanym na serialach z lat 80., a mimo to jednak ten dziwny, zachodni świat już wtedy wydawał mi się w pewien chory sposób pociągający, wraz tymi wszystkimi furami, które nie wyglądały jak Fiat Cinquecento. To był inny świat.

Świadomie jednak serią zainteresowałem się przy okazji premiery GTA: San Andreas, o którym informacje pilnie chłonąłem z CD-Action. Była to zarazem pierwsza część, której klimat czułem i rozumiałem na tyle (pomimo braku 18+), że interesowała mnie jej fabuła i poza robieniem bezsensownej rozwałki na ulicach, zacząłem wykonywać jakieś misje.

Potem był bardzo krótki epizod z GTA:IV poprzez mojego szkolnego przyjaciela, u którego gra przyczyniła się do wywołania Red Ring Of Death w jego Xbox 360 Fat. Ależ się później tego sam obawiałem kilka lat później na swoim własnym Xbox 360 Stringray! Być może właśnie dlatego praktycznie nie grywałem w „czwórkę”.

Po GTA:V sięgnąłem już jako dorosły obywatel i udało mi się pograć w tą odsłonę na dwóch generacjach konsol oraz PC, z czego ta ostatnia platforma zagwarantowała mi dobrych kilkaset godzin w Los Santos. Moja fascynacja tą karykaturą USA okazała się być tak wielka, że z całą pewnością zasługuje na dedykowany artykuł, jednak wspomnieć warto, że okres mojego najbardziej intensywnego grania w „piątkę” łączył się u nie z żywym zainteresowaniem kinem Quentina Tarantino, co dodatkowo katalizowało beztrosko absurdalny, amerykański vibe.

W taki oto sposób seria GTA w mojej głowie wyewoluowała z głupawej ulicznej rozwałki, do czegoś w rodzaju studium kultury i estetyki USA. Niezły twist.


Commandos: Behind Enemy Lines

Pamiętacie, jak wspominałem że odbiłem się na samym początku od poziomu trudności w pierwszym Call of Duty? To nic w porównaniu z tym, co zagwarantował mi kultowy Commandos: Behind Enemy Lines, a zaczęło się zupełnie niepozornie od jakiejś gazetki z dołączoną starą gierką na płycie – II wojna światowa, żołnierze i skradanie – cóż może tutaj pokonać 10-latka?

Przyznaję, że już wtedy czułem jakiś dziwny magnetyzm do tematów militarnych, bo inaczej nie zwróciłbym uwagi na ten magazyn w kiosku (nawet nie pamiętam tytułu). Zrzuty lokacji w rzucie izometrycznym i surowe portrety kilku dostępnych do sterowania komandosów, budowały potężny klimat.

Skradanka w trudnym terenie, tuż pod nosami patrolujących Niemców, wydawała się strzałem w dziesiątkę dla kogoś, kto dopiero co miał swoją pierwszą styczność z grami wojennymi.

Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy w żaden sposób nie byłem w stanie ukończyć nawet pierwszej misji, ginąc pod seriami z miniaturowych MP-40 raz za razem. To właśnie dzięki tej wewnętrznej frustracji zapamiętałem Commandosa i chciałbym jeszcze kiedyś zrobić do niego drugie podejście po latach. Ależ byłoby to pasjonujące doświadczenie, zasługujące na solidny artykuł!


The Elder Scrolls III: Morrowind / The Elder Scrolls V: Skyrim

O swojej miłości do Morrowinda i Skyrima mógłbym opowiadać godzinami, zachwycając się światem przedstawionym, tkanym przez wspaniałą oprawę audiowizualną oraz przygodę. Serii The Elder Scrolls, a szczególnie jej ostatnim częściom zawdzięczam długi i wspaniały okres swojego życia, który zdaje się nie kończyć.

To prawdziwe w pełni immersywne high fantasy, które pochłania gracza w całości i nie wypuszcza nieodmienionym.

Spójna i organiczna wręcz estetyka oraz magiczna ścieżka dźwiękowa Mirrowinda, Obliviona i Skyrima to moje osobiste remedium na stres, dzięki któremu jestem w stanie zachować normalność i poczucie misji.

Więcej o moim szczerym i osobistym stosunku do TES przeczytacie tutaj:


Wolfenstein: Enemy Territory

W okolicach 2005 roku po raz pierwszy miałem styczność z Wolf:ET, który był moją pierwszą, wyłącznie sieciową strzelanką, osadzoną w klimacie który coraz intensywniej mnie zajmował, tj. w IIWŚ. Zamiast szkolnego nadęcia jednak gra ta serwowała historię w nieco bardziej przystępnej dla młodego człowieka formie, czyli w stylu dawnego amerykańskiego kina – „Tylko dla orłów”, „Złoto dla zuchwałych”.

Niewiele w sumie wiedziałem o Wolfenstein 3D oraz Return to Castle Wolfenstein, ale nie przeszkadzało mi to, aby świetnie oraz w pełni legalnie za darmo bawić się w komandosa z II wojny światowej, w porywających jak na tamte lata misjach.

Brak klasycznych dla serii CoD trybów DM i TDM, a skupienie się wyłącznie na realizacji taktycznych celów, było bardzo ciekawym zabiegiem, ponieważ jedyny dostępny format rozgrywki skupiał w sobie elementy Capture The Flag oraz Search And Destroy, a przy tym dostarczał filmowych wrażeń.

Wolf:ET był kolejną grą, w którą wciągnął mnie mój starszy o rok kuzyn, nie przypuszczając chyba jednak, że tym razem dam się porwać przez jeden tytuł na dobrych kilka lat, czyniąc z Enemy Territory moją pierwszą ulubioną grę.

Byłem do tego stopnia maniakiem tej produkcji, że zamówiłem usługę drukowania customowej grafiki z logo i napisem ET, aby mieć tą gierkę w ekskluzywnym boksie na mojej powoli rozrastającej się półeczce.

Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, że to właśnie dzięki Wolfensteinowi poznawałem podstawy drugowojennych militariów – niemieckich i amerykańskich mundurów, broni piechoty oraz innych ważnych elementów, które wtopiły mnie w tamten wojskowy klimat.

Nie była to jednak miłość bez wad, ponieważ mój tata zabierał mnie już wtedy na pikniki militarne, na których mogłem sam zaobserwować uzbrojenie oraz zderzyć obrazy znane z gry z informacjami, których dowiadywałem się od członków grup rekonstrukcyjnych.

W Wolf:ET grywam sobie okazjonalnie do tej pory, czego udziałem jest wciąż żywa obecność oficjalnych oraz wielu fanowskich serwerów. Scena jest już ledwie cieniem dawnej potęgi, jednak miło jest wejść znowu na mapy Gold Rush, Siwa Oasis, Seawall Battery, Wurzburg Radar, Rail Gun oraz Fuel Dump i zanurzyć się w wir filmowej walki.


Star Wars: Knights of the Old Republic

Bardzo istotnym w mojej gamingowej historii jest etap gier spod szyldu Star Wars, a który to wynikał bezpośrednio z mojej fascynacji tym wspaniałym uniwersum, stworzonym przez George’a Lucasa. Od wczesnego dzieciństwa oczarowany wręcz byłem fantastycznymi, odległymi światami, statkami kosmicznymi oraz oczywiście ikonicznymi rycerzami Jedi, którzy zamiast stalowych kling, władali „laserowymi” mieczami.

Nie wspomnę ile razy pochłonięty seansami starej trylogii oraz wydawanych na bieżąco nowych odsłonach o przygodach Anakina, sięgałem po jakąś rurkę albo zwykły patyk i wykonywałem rozmaite akrobacje, udając że jestem Obi Wanem.

Choć lwią części mojej cyfrowej przygody ze światem Gwieznych Wojen przeżyłem w Star Wars: The Old Republic – arcyświetnym MMORPG od BioWare, w które gram do dzisiaj, tak to właśnie kultowy KOTOR otworzył mi drzwi do jednego z moich ulubionych uniwersów przed ekranem komputera.

Ogromne areny walk, różnorodność klas oraz pełna swoboda rozgrywki były mocnymi atutami omawianej produkcji i uświadamiały, jak ogromną machiną i jak olbrzymie możliwości w branży gier daje świat Star Wars. Omówiony wcześniej SWTOR, czy chociażby jeszcze Force Unleashed, seria LEGO SW albo przewspaniały Battlefront to setki, jeżeli nie tysiące pięknie spędzonych godzin w „Odległej Galaktyce”.


Diablo II / Diablo III

W okolicach roku 2008 spotkało mnie moje pierwsze doświadczenie retro gamingu, połączonego z prawdziwie hardcorowym grindem, bowiem moi klasowi kumple odkopali w swoich znaleziskach stare już, ale wciąż jare Diablo II z dodatkiem Lord of Destruction.

Gry komputerowe w tamtym czasie wchodziły już pod względem grafiki i fizyki w kolejne ery, a my daliśmy się na dobrych kilka miesięcy oczarować surowym, żelaznym i tajemniczym klimatem tej legendarnej produkcji, której złota era przypadała na moje przeniknięte niewinnością dzieciństwo.

Dzieciaki jednak podrosły i upomniały się światu o swoje, co jest wspaniałym dowodem na to, że prawdziwie ponadczasowe gry są kochane przez nie jedno pokolenie.

Cudowny czas poznawania rozmaitych buildów, expienia w lochach z przyjaciółmi i szalonej ekscytacji z dropienia legerndarnych itemów.

Tak, to właśnie w Diablo II poznałem większość tego popularnego, gamerskiego żargonu, który służył mi wiernie do komunikacji ze znajomymi i randomami w niejednym MMORPG…

Nie zgadzam się natomiast z obiegową opinią „prawdziwych” fanów serii, jakoby trzecia odsłona była nieszczęśliwym zaprzeczeniem klimatu i idei Sanktuarium. Gra oczywiście odbiega stylistyką bardzo mocno od jedynki i dwójki, jednak nie uchroniło to mnie i wielu moich znajomych przed setkami świetnie spędzonych godzin, zarówno w wersji na PC oraz konsolę (sam zbudowałem kilka silnych postaci na swoim leciwym Xbox 360 i bawiłem się na nim w D3 wspaniale).

Rodzi się tym samym w mojej głowie pierwszy poważny manifest w tym artykule, który zabrzmi może nieco zbyt górnolotnie, jednak gry (a zwłaszcza te sieciowe) mają za zadanie łączyć, a nie dzielić. Wielce szkodliwe dla gamingu wydają się wszelkie opinie narzucające szerszemu gronu sposoby odbioru świata przedstawionego w grach oraz zastosowanych mechanik. Utyskiwać możemy w pełni legalnie na wszelkie przejawy chciwości i lekceważenia, jednak zarzucanie prawdziwie dobrym grom braku klimatu tylko dlatego, że jest się sentymentalnie przywiązanym do określonej estetyki, jest zwyczajnie niedojrzałe.

I piszę to właśnie w swojej osobistej, sentymentalnej retrospekcji, bo uważam że otwarty umysł i tolerancja są kluczowe do przyswojenia ważnej wiedzy, otóż nawet w najgorszych w grach wideo można odnaleźć swoją własną bezpieczną przystań. A Diablo 3 naprawdę bardzo daleko do bycia najgorszą grą.


Lineage II

Jedną z ostatnich gier, którą przekazał mi w „spadku” mój wspomniany już wielokrotnie w tym artkule kuzyn, była gra MMORPG pod tytułem Lineage II. Za nic w świecie nie poznałem wcześniej pierwszej części, jednak po minie i zmęczonych ekranem oczach mojego krewniaka widziałem już, że tym razem będzie to w jego (i moim) przypadku coś naprawdę poważnego.

Była to zarazem jedna z moich ostatnich gierek na „lewo”, ponieważ miałem już doskonałą świadomość abonamentowego dostępu do serwerów wydawcy, jednak z uwagi na brak hajsu zwyczajnie grywaliśmy prywatnych domenach, które potrafiły niekiedy zrzeszać tysiące osób.

To było naprawdę „masywne” doświadczenie, ponieważ widywałem zaludnione realnymi osobami cyfrowe miasteczka, w których mnóstwo było życzliwych, przeważnie biznesowych, ale i tych mniej koleżeńskich interakcji. Poznałem jak ogromne możliwości daje gra, w której swoboda ograniczona jest wyobraźnią i oczarowany pięknym, subtelnym światem, siadałem nieraz swoim elfim avatarem nad brzegiem morza i po prostu relaksowałem się muzyką i widokiem zajętych expieniem współgraczy.


Cabal Online i faza na MMORPG

Pierwsze lody przełamane w świecie gier MMO, spowodowały odblokowanie mojego zainteresowania gatunkami masywnymi, co szczególnie katalizowane było rozszerzającą się popularnością produkcji darmowych, które zarabiały głównie dzięki dobrowolnym kontom premium i item shopom.

Ja oczywiście, jak na prawdziwego Polaka przystało, poskąpiłem wszystkim twórcom nawet złamanego grosza i przesiadywałem za darmo w ich cyfrowych światach setki godzin, tworząc postacie wojowników i wojowniczek, których intensywnym grindowaniem kształtowałem swoją cierpliwość oraz poznawałem wiele ciekawych osób.

Przesiadywało się wtedy na forach internetowych, fanowskich i oficjalnych kanałach TeamSpeak, a także pisało po prostu w in-game’owych czatach, wymieniając wiedzę i doświadczenia z gry, ale także (a może przede wszystkim) i spoza niej.

Wypadałoby tutaj podać jakieś honorable mentions, aby uwiecznić ulubione tytuły, ale z uwagi na objętość artykułu, zdecyduję się na wyróżnienie tylko jednej produkcji – Cabal Online. Dla wielu może być to kolejna kopia gigantów pokroju L2 lub WoW, jednak dla mnie jest to urocze i miłe wspomnienie z lekcji, której udzielił mi inny gracz, a która jednocześnie świadczyła o pewnym istotnym kamieniu milowym w grach MMO – o zmierzchu typowego grindu.

Dowiedziałem się wówczas, że są już takie gry, w których bez robienia questów, nie można liczyć na sensowny progres, a swoje dwa tygodnie tłuczenia mobów Bladerem na Desert Scream mogę włożyć kulturalnie w tyłek. Cenna lekcja, po której nie pomijam już w grach RPG żadnego znacznika z zadaniem na mapie.

Poza tym Cabal Online to przyjemna i wzruszająca nawet niekiedy ścieżka dźwiękowa, która przywołuje w pamięci lata młodzieńczej beztroski, które ukształtowały moją wrażliwość na kulturę Azji.


Battlefield Heroes

Serii Call of Duty poświęciłem cały akapit, a nie wspomnę o żadnej grze z cyklu Battlefield? W żadnym wypadku, jednak ograniczę się wyłącznie do tytułu, który prawdziwie skradł moje serce i całkiem pokaźną liczbę godzin przed ekranem, a mianowicie Battlefield Heroes.

Ogłoszenie informacji o tej grze w prasie i internecie było dla mnie wyjątkowym wydarzeniem, ponieważ zatopiony byłem już wówczas na dobre w tematyce historycznej, a komiksowe i zabawne przedstawienie zmagających się Rojalistów i Nacjonalistów było wisienką na torcie moich osobistych poszukiwań za audiowizualną i estetyczną ekstazą.

Ha! Zwykła gra dla dzieci. Podróbka Battlfield. Maszynka do wyłudzania pieniędzy… Otóż nie!

Pomijając już wszelkie kwestie biznesowe EA Games, które przez lata rozwijało swoje tytuły darmowe, BF Heroes to była naprawdę wyjątkowa pod względem klimatu i gameplayu gra, która zapewniała czystą, niezobowiązującą rozrywkę.

Nawet kultowy soundtrack serii Battlefied przerobiono na zabawną, kreskówkową wersję, wygwizdującą znaną wszystkim fanom historycznych strzelanek melodię.

BF Heroes było niczym interaktywna parodia wojennej plakatowej propagandy, w której barczyści żołnierze szli naprzód ku zwycięstwu. Luźna, ale solidnie oparta o historię konwencja zadziałała u mnie jak magnes i żądny komiksowego Thompsona, dobijałem się wszelkimi siłami do zamkniętych testów beta, aż moje modlitwy zostały wysłuchane.

Spędziłem w tej grze mnóstwo czasu, wkładając w jej rozwój mnóstwo serca (i pieniędzy na itemki); bawiłem się przednio podczas ogromu eventów i poznając przy tym świetnych ludzi.

Doświadczyłem także dwóch nieszczęść. Pierwszym była kradzież mojego konta, którego niestety nie udało mi się odzyskać, a drugim było decyzja EA o zamknięciu serwerów wszystkich swoich darmowych gier… Od tamtej pory spoglądam na serię BF oraz samego wydawcę już mniej ciepło.


Assassin’s Creed

Ah! Czymże byłoby to zestawienie traktujące o Mojej Wielkiej Historii Gamingu bez choćby wzmianki o serii Assassin’s Creed, która uwiodła moje historyczne ciągoty swoją tajemnicą, architektoniczną urodą i piekielnie grywalnym parkourem.

Od pierwszej już części wręcz chłonąłem dawny, historyczny klimat z ekranu, wiedząc przecież doskonale, że główny trzon geopolityczny jest dość mocno ugruntowany na zjawiskach fantastycznych. Komu to jednak przeszkadzało, gdy miało się te kilkanaście lat? Chyba tylko zażartym purystom i historycznym freakom, których interesuje tylko znajomość łacińskiego słowa dzban i kolacyjne menu króla Kazimierza Wielkiego.

Vas inane – łacińskie określenie na pusty łeb, oznaczające dosłownie puste naczynie. Cyberchałtura bawi i uczy.

W serii Assassin’s Creed nie chodziło przecież o to, czy tajemnicze bractwo wygimnastykowanych wojowników istniało naprawdę, ale o historyczno-dystopijny roleplay i piaskownicę możliwości. Choć fabuła nie pozwalała w rzeczywistości na jakąkolwiek decyzyjność ze strony gracza, tak absolutna swoboda w eksplorowaniu cyfrowej pocztówki z kultowych miejscówek epok minionych, była czymś pociągającym i unikatowym.

Z czasem niestety historia bractwa asasynów została głupio przez twóców rozmyta, jednak bez wątpienia pierwsza część Assassin’s Creed, jej sequel otwierający serię z Ezio Auditore da Firenze oraz dopełnienie jej walorów w części Brotherhood, bardzo mocno przyczyniły się do rozwoju moich historycznych pasji oraz studium dawnej estetyki w architekturze i sztuce.

Doskonale pamiętam, jak skrobałem w swoim licealnym zeszycie w trakcie lekcji, drażniąc nauczycielkę od polskiego (pozdrawiam serdecznie Panią J. z LO1, mój szkic Ezio i wysoki wynik na rozszerzonej maturze niech będzie żywym dowodem na połączenie ucho-ręka).


S.T.A.L.K.E.R. – Cień Czarnobyla, Czyste Niebo i Zew Prypeci

Jako nastolatek zakochałem się już dogłębnie w militarno-survivalowych klimatach i chłonąc treści z wojskowych i postapokaliptycznych produkcji, poważnie rozważałem już karierę żołnierza, albo osoby związanej ze służbami.

Teraz, po latach się z tego śmieję, ale czasy beztroskiej naiwności próbowałem doprawiać maksymalnie ponurymi i strasznymi klimatami w grach wideo, które nomen omen uformowały moją wrażliwość na tematy destrukcji i rozkładu (zarówno fizycznego, jak i społecznego). Cyfrowa Zona była dla mnie tematem tak abstrakcyjnym, co pociągającym zarazem i nieraz w jesiennej szarówce dostrzegałem klimat i nostalgię tamtego podkręconego fikcją miejsca.

Klimat w grach z serii S.T.A.L.K.E.R. można było kroić bagnetem, więc nic dziwnego, że młody i płodny umysł przelewał obserwowane na ekranie wrażenia mroku i strachu na kartkę zeszytu, w formie szkiców lub na Windowsowy Notatnik, jako prawdziwe, własne opowiadania. Kiedyś opublikuję tutaj kilka z nich, bo pomimo upływu lat, nadal jestem z nich dumny.


World of Tanks

Tej gry chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, a jeżeli ktokolwiek czyta mojego bloga, to zauważyć już mógł, że moja historia z grą World of Tanks jest już bardzo długa, pełna namiętności, frustracji, wzlotów, upadków, odejść, powrotów i naprawdę bardzo wielu godzin spędzonych przed ekranem.

Z całego prezentowanego w tym artykule zestawienia gier, to właśnie w WoT zdecydowanie grałem najwięcej, używając do tego aż trzech generacji PC, Xboxa 360 oraz PlayStation 4, a w lżejszą wersję Blitz grałem nawet na dwóch telefonach. Ogrom sprzętu, godzin i cała masa wspomnień, komasujących różne etapy mojego życia – od nastolatka, aż do męża i ojca.

Jako inżynier i fan militariów po porostu ubóstwiałem tą grę, zasiadając pod cyfrowymi pancerzami już od czasów otwartych beta testów, aż do chwili obecnej, obserwując przy tym ewolucję gry od podszewki. Choć rozgrywka nie ma żadnego końca, a ja mam jeszcze sporo do odblokowania, tak stwierdzić odważnie mogę, że przeszedłem World of Tanks, bo mógłbym zasiąść za sterami pancernego kolosa o każdej porze dnia i nocy, pamiętając przy tym wszystkie triki i sztuczki.

Nie raz odchodziłem od World of Tanks na kilka miesięcy, a czasem nawet składałem oficjalne deklaracje, że już nigdy więcej nie zagram w tą grę, która niejednokrotnie podnosiła mi ciśnienie chciwością wydawcy oraz irytującymi bugami. Na nic te wszystkie słowa!

Zawsze do WoT wracałem i zapewne wracał będą, no chyba że Wargaming postanowi zamknąć pewnego dnia serwery. World of Tanks na zawsze będzie moją pierwszą grą o czołgach, w której moje techniczne i militarne pasje znajdywały zdrowe ujście.

Więcej o mojej miłości do tej gry przeczytacie w dedykowanym wpisie:


Historia nadal się pisze…

W ciągu ostatnich dekad sporą część mojego wolnego czasu wypełniały gry wideo i w żadnym wypadku nie uważam go za zmarnowany. Wręcz przeciwnie – twierdzę, że granie na komputerze ubogaciło moją wiedzę, kulturę, światopogląd, umiejętności językowe oraz zdolność logicznego myślenia. W grach komputerowych dostrzegam niesamowity potencjał do rozwoju pasji, których lustrzanym odbiciem są teraz rzeczy w realnym świecie – trenuję, strzelam, kolekcjonuję, modeluję i wciąż się uczę.

Dzięki grom pasjonuje mnie historia, świat, ludzie, kultura, sztuka, a także i sam zostałem uwrażliwiony przez cyfrową rozrywkę tak bardzo, że miałem ochotę tworzyć. Rysowałem, pisałem opowiadania, a nawet tworzyłem strony internetowe. Już od czasów gimnazjum łączyłem swoje zamiłowanie do pisania i grafiki, tworząc fanowskie witryny na darmowych hostingach – właśnie o wymienionych wcześniej hitach, jak Call of Duty, Battlefield Heores, Assassin’s Creed i S.T.A.L.K.E.R.

Mam świadomość tego, że jednym artykułem nie jestem w stanie wyczerpać ogromu wspomnień i emocji, jakie od najmłodszych lat zapewnił mi gaming, jednak bez wątpienia ukształtował tego człowieka, jakim jestem dzisiaj.

Być może właśnie dzięki tym swoim amatorskim stronom internetowym z przeszłości, postanowiłem w dorosłym już życiu założyć tego właśnie bloga, na łamach którego w dojrzalszy sposób mogę wyrazić swoje przemyślenia, odczucia i pasje.

Cholernie długo łamałem się z napisaniem tego tekstu, ponieważ od samego początku istnienia tej witryny chciałem skomasować swoje gamingowe początki, jednak bałem się, że zwyczajnie o czymś zapomnę, lub z uwagi na ogromną objętość – będę musiał coś wyciąć. Z tego właśnie powodu uważam, że jest to mój najważniejszy artykuł na tym blogu, ponieważ kondensuje ogrom osobistej nostalgii i wspomnień, stwarzając przy tym pewne ryzyko, że nikomu nie będzie się chciało tego przeczytać. Piszę go zatem dla siebie, jako własną kronikę gamingu, do której z chęcią mam zamiar wracać i być może dopisywać kolejne rozdziały.

Dodaj komentarz